Życie na obczyźnie z mojej perspektywy. Czy tego chcę dla swojego dziecka?

Do tablicy, czyli do napisania tego tekstu, wywołał mnie wpis u Blog Ojciec. Poruszył on delikatną strunę mojego jestestwa, jaką jest życie na obczyźnie. I chociaż żyję tu sobie już dobre ponad 8 lat, tak nadal jest to dla mnie temat, który nie do końca został przeze mnie przetrawiony tam w środku, w głowie.

Nie będę Was zanudzać historią jak to się stało, że jestem tu, gdzie jestem. Wspomnę jedynie, że było to kompletnie przeze mnie nie planowane. Nie miałam nigdy w planach wyjeżdżać i jakby to powiedział Ross z „Przyjaciół”- „I got tricked into all those things!”

Monika napisała swój ostatni wpis w nucie patriotyczno-politycznej i zawarła w nim sporo takich racji, o których i ja myślę, kiedy w głowie kołocze mi słowo „Polska”.

Ale wracając, na razie, do kwestii życia na obczyźnie…

Z perspektywy czasu dostrzegam więcej plusów, niż minusów naszej obecnej sytuacji i to pomaga mi myśleć spokojnie o przyszłości Mii. Pewni siebie rodzice, to pewna i stabilna podpora dla dziecka.

Zatem jak to jest, gdy przeciętna para jakich tysiące, emigruje za granicę, zakłada rodzinę i co myśli sobie o Polsce i o tym, co za sobą w Polsce zostawili? I czy chcę dla swojego dziecka tego samego?

Nie jest łatwo, zwłaszcza na początku. I niezależnie czy wyjazd był planowany i przygotowywany od tygodni, czy wyszło spontanicznie. Nowi ludzie, otoczenie, inna mentalność, styl życia, kuchnia, bywa że i pogoda, mają ogromny wpływ na samopoczucie takiego żuczka, jakim jest przyjezdny, zarówno psychicznie jak i fizycznie. I tęsknota. Po czasie tęskni się za wszystkim – za zapachem niedzielnego obiadu, odgłosami za oknem w domu rodziców, za nieznośną sąsiadką i panią sprzedawczyni ze sklepiku pod domem. Idealizuje się wszystko i wszystkich. I to normalne. Na szczęście z biegiem czasu (z autopsji mogłabym rzec, że z biegiem lat, niż miesięcy) człowiek wraca do normalności, a tęsknota po prostu tli się po cichu gdzieś tam z tyłu głowy, od czasu do czasu o sobie przypominając.

Kamil z Blog Ojciec pyta, czy jego dzieci będą musiały wyjeżdżać za granicę za chlebem. Ja bym podeszła do tego tematu z innej strony. Mianowicie – czy namawiać lub bronić nasze dzieci przed wyjazdem z kraju za tym chlebem?

Podróże kształcą i ta mądrość jest nam wszystkim doskonale znana. Zdaję sobie sprawę z tego, że co innego podróż wakacyjna czy nawet dłuższa przygoda na walizkach, a co innego wyjazd emigracyjny, ściśle ukierunkowany na pracę i pozostanie tam na dłużej, jeśli nie na zawsze. Ale dzisiaj świat wygląda i działa inaczej, niż jeszcze 10 lat temu, zatem co będzie za kolejne ich naście?

Obecnie mówi się, że dom jest tam, gdzie praca. Bowiem to praca dyktuje warunki naszego miejsca zamieszkania i życia, a nie rodzina. I coś jest na rzeczy, bo sama namawiam Osobistego Połówka, by szukał możliwości wyjazdu czy przeniesienia się w inne miejsce. Mamy całkiem spore grono znajomych, których poznaliśmy jeszcze tutaj w Szkocji, a dzisiaj są znów rozproszeni po świecie – Francja, Australia, Dubai, Brazylia. Nawet jedne z najbliższych mi przyjaciółek są na innych kontynentach, niż ja. Dlaczego więc miałabym oczekiwać, że moje dziecko będzie chciało zostać przy nas? Oczywiście, chciałabym bardzo mieć zawsze swoje dzieci w pobliżu ale jestem też realistką. A poza tym, skoro nas pcha w świat, to jak nasze dziecko zatrzymać w miejscu?

Przywiązanie do rodziny i jej wartości jest bardzo ważne i jest piękną filozofią, która tworzy solidne fundamenty naszego domu. Dając i zapewniając to dziecku, nie mam wątpliwości, że gdziekolwiek by nie rzuciło moich dzieci w świat, będą do nas zawsze z przyjemnością wracać. Tak jak i ja to robię względem moim rodziców i dziadków.

To już indywidualna kwestia każdego kto opuścił swój rodzinny kraj, ale my od Polski się nie odcinamy. Ba, śmiem twierdzić, że na odległość pała się do niej jeszcze większą, choć nie zawsze wzajemną, miłością 😉 Pierwszym językiem, jakim Mia będzie się posługiwać to angielski ale chcemy ją nauczyć mówić i czytać płynnie również po polsku. By mogła sięgać po moje książki, polskie bajki , które dla niej kolekcjonuję. Chcemy jej pokazać polskie morze i góry, jeziora i tereny, których nawet my nie zdążyliśmy odkryć.

Chcemy, by miała możliwie bliski kontakt z naszą rodziną, poznała rówieśników naszych znajomych i przyjaciół tych z Polski. A już w ogóle marzeniem moim jest, by odkryła w sobie chęć poznania i zagłębienia się w historię kraju, z którego pochodzi, choć najpewniej nigdy nie będzie tam mieszkać.

Kamil w swoim wpisie porusza temat opieki medycznej

Temat wszędzie drażliwy, tutaj również. Opieka medyczna pozostawia sporo do życzenia, generalnie najlepiej nie chorować. Niejednokrotnie dziękuję temu tam u góry, że mamy możliwość lotu do Polski i przebadania się tam wzdłuż i wszerz, nawet jeśli jest to odpłatne. Sama na sobie przekonałam się, jak bardzo szkodliwe może być lekceważące podejście szkockich lekarzy do pacjenta i przekonanie, że paracetamol jest lekarstwem na wszystko.

Ale jest też druga strona medalu – dzięki świetnemu zespołowi lekarzy i położnych, mam przy sobie córkę, która przyszła na świat w chwili, gdy mogło być tylko gorzej i niebezpieczniej. Z kolei młody początkujący lekarz tak przejął się moją chorobą, że wołał mnie na kontrolę, jeśli tylko wyniki badań były ciut za wysokie, bo bał się, że chowam się w domu i nie przyznaję, że boli. Zatem nie chcę demonizować ale peanów na cześć NHS i tutejszego systemu lecznictwa śpiewać też nie będę.

Codzienność

Dni płyną spokojnie, bez pośpiechu. Przynajmniej nam i na tę chwilę, bo być może będę śpiewać inaczej, gdy przyjdzie nam pogodzić jakoś naszą pracę ze żłobkiem Małej.

Ludzie w przeważającej części są dla siebie życzliwi, pomocni i otwarci, choć nie jest łatwo o przyjaźń ze Szkotem. Trzymają się na dystans, nie często dopuszczają do siebie kogoś spoza swojego „podwórka”. Ale może to też kwestia wieku. Nasi nowi sąsiedzi już pierwszego dnia podeszli do nas, zaoferowali pomoc w czymkolwiek byśmy jej potrzebowali. Nie spotykamy się z zawiścią czy zazdrością. Krajobrazy, przyroda szkocka są piękne i naprawdę wyjątkowe, jeśli tylko poświęci się odpowiednio dużo czasu, by poszukać i pozwiedzać te magiczne miejsca.

Ale minusy też są, jak wszędzie. Pomijając już kwestię pogody, która momentami potrafi w człowieku obudzić nieskończone pokłady nieszczęścia, są takie problemy jak znalezienie żłobka i miejsca w nim dla dziecka oraz kosmiczne wręcz koszta za opiekę nad dzieckiem (podobno najwyższe w Unii, dziękować należy zapewne rynkowi oil&gas). Niedługo przyjdzie nam się z tym zmierzyć. Szkocka myśl architektoniczna i ceny nieruchomości to temat najlepszy do obgadania przy czymś mocniejszym, bo nie na moje słabe nerwy. Jedzenie? No cóż… kwestia gustu i smaku 😉

Nie sądziłam, że tak potoczy się moje (nasze) życie

Ale z życiem trzeba brać się za bary i brać co daje, przerabiać na swoje i starać się czerpać z niego wszystko  to, co najlepsze.

Oczywiście, że chciałabym by nasze życie toczyło się w rodzimym kraju. Oczywiście, że chciałabym, by wychowywała się przy rodzinie, u boku babć i dziadków. By nie musiała poznawać ojczystego języka swoich rodziców tylko w domu i był jej pierwszym, a angielskiego uczyła się podczas podróży. By nie musiała uczyć się o historii Polski tylko z książek, które znajdzie u siebie w domu, zamiast w szkole. Chciałabym móc jej powiedzieć, żeby śmiało wracała do Polski, bo czekają tam na nią perspektywy i szansa na spokojne i dostatnie życie. Ale jest i będzie inaczej, bo lista absurdów, które docierają do nas każdego dnia z Polski sprawia, że momentami odechciewa się nawet chcieć…

Myślę sobie, że nasza córka będzie miała najlepszy z możliwych startów w życiu. Nie uważam, że tu jest najlepiej. I wiem, czuję podskórnie, że nie tutaj przyjdzie nam się zestarzeć, że to nie jest jeszcze nasze miejsce na ziemi i kiedyś zmienimy adres, a może nawet kontynent. I jeśli pewnego dnia Mia stanie w drzwiach i oznajmi, że chce stąd wyjechać, nie będziemy jej zatrzymywać. Jedynie spakujemy się do malutkiej walizeczki, by zabrała nas ze sobą. Obawiamy się po prostu, że ciągła wilgoć przychodząca od Morza Północnego, nie przysłuży nam się na starość 😉

ja i mijka2a

(Visited 72 times, 1 visits today)

You Might Also Like

  • calareszta.pl

    Mieszkałam też za granicą i podejrzewam, że to nie koniec moich przeprowadzek. Nie jestem typem emigranta i uważam, że w każdym kraju są plusy i minusy. W Polsce kocham na przykład wiosnę, cudny maj z bzem i konwaliami, a potem rozkwit lata i nawet tą zimę ze śniegiem i ogniem w kominku. Mieszkałam już w krajach miodem płynących i tak jak piszesz – służba zdrowia do niczego, wiele nacji, których kultury do końca nie pojmowałam..Trzeba znaleźć swój kąt na ziemi i za bardzo nie szukać minusów, bo tęsknota wtedy staje się jeszcze gorsza.

    • A gdzie mieszkałaś? Mam nadzieję, że moja ciekawość Cię nie urazi 🙂
      W Polsce kocham dosłownie to, co Ty + polskie morze i biały piasek w Łebie i droge na plażę przez las i szum drzew..
      A Ty już swój kąt znalazłaś? My wciąż dążymy do tego i w końcu nam się uda. Byle minusy nie przesłaniały tego, co dobre i fajne. Masz całkowitą rację.