Życie na obczyźnie, matka kwoka i Sylwester

Muszę przyznać, spoglądając na siebie wstecz, że na początku tej przygody jaką jest bycie mamą, byłam zdaje się mamą kwoką. Tak przynajmniej siebie oceniam, nikt mi tego nigdy nie powiedział wprost – może się bali, może wstydzili, może chcieli mnie po prostu oszczędzić i dać nacieszyć się nowa rolą, dopóki takie małe stworzenie nie daje za bardzo popalić. Niemniej, z perspektywy czasu stwierdzam, że tak to chyba ze mną wyglądało 🙂

Teraz już tak nie jest, chętnie korzystam z pomocy, oddaję Małą jeśli tylko mogę, w dobre ręce i niech wchodzi na głowę komu innemu. No tak, gorzej, gdy tych pomocnych rąk na co dzień nie ma. I tutaj zaczyna się temat, który chciałam dzisiaj poruszyć.

Zostałam tak wychowana i tak nauczona przez moich rodziców, że muszę sobie umieć poradzić w życiu w każdej sytuacji. Dlatego, gdy byłam w ciąży i gdy już Mia pojawiła się na świecie i ktoś mnie pytał: „Dianuś, a Ty dajesz sobie radę?”, odpowiedź była tylko jedna: „Oczywiście, MUSZĘ sobie dać radę, bo nie mam innego wyjścia”. Poza tym, po pierwsze – nie byłam całkiem sama, bo mój osobisty Połówek to nie tylko mąż, ale też mój największy przyjaciel i ostoja, w związku z czym mogłam na niego zawsze liczyć, a po drugie – po coś jednak jest Skype i FB i telefon, więc najmniejsze wątpliwości związane z Małą, były natychmiast konsultowane z babcią jedną, czy drugą. Wyznaję  też zasadę „luz i bez spinania się”, więc spokój i opanowanie nie raz ratowało mnie od  stawiania wszystkich na równe nogi, bo Małej pojawiła się krosta na policzku ale opinii oczywiście zasięgnąć musiałam, co by uspokoić moje myśli.

Kiedy żyje się na obczyźnie, bez najbliższych obok siebie, najbardziej doskwiera brak codziennej możliwości spotkania się. A jeśli na świecie zjawia się to małe stworzenie i życie nagle wywraca się do góry nogami, doskwiera to jeszcze bardziej. Po kilku tygodniach człowiek oswaja się z sytuacją, przyjmuje na klatę i z każdym kolejnym dniem jest coraz lepiej i łatwiej. Jaki jest minus z mojej perspektywy dzisiaj? Dziecko przyzwyczaja się tak bardzo do tego, że obok jest tylko mama lub tata (a zwłaszcza mama), że ciężko jest później przestawić je na bycie z kimś innym, nawet jeśli jest to babcia i dziadek.

I z tym mierzyliśmy się będąc w Polsce. Bardzo chcieliśmy spędzić Sylwestra razem z przyjaciółmi, bez dzieciaków u boku i problemem było pozostawienie Małej z dziadkami. Kiedy tylko nie było nas w pobliżu, a zwłaszcza mnie, był ryk, płacz i za nic w świecie nie dawała się ani nakarmić ani tym bardziej uśpić. Zatem małymi kroczkami, oswajaliśmy ją z towarzystwem babci, a kiedy przyzwyczaiła się też do dziadka, te małe światełko w tunelu było dla nas niczym gwiazdka betlejemska 😉

Jaki był nasz pomysł na działanie? Zabierałam Małą do babci i najpierw ja znikałam Małej z pola widzenia, po czasie znikał też jej tatuś. I szybko przekonaliśmy się, że dopóki nas nie widzi, wszystko jest OK. Wystarczyło, że dojrzała mnie gdzieś kątem oka i sprawa była przegrana. Muczenie, wyrywanie się i raczkując, biegła już w moją stronę. Po kilku takich dniach, poważnie rozważałam przeniesienie się do piwnicy, bowiem niemożliwością było ulotnić się na tyle, by mnie w ogóle nie widziała.

Innym naszym pomysłem było uśpienie jej i kiedy tylko zasnęła, zrywaliśmy się i jechaliśmy na zakupy. Pierwsze zakupy po 7 miesiącach bez dziecka pod ręką, sam na sam z mężem – bezcenne uczucie 😉 I trzymaliśmy kciuki za babcię, by dała radę ujarzmić małego skrzata, gdyby się przebudził i zaczął płakać.

Przekazywaliśmy też pałeczkę babci w karmieniu, jeśli tylko Mała na to pozwoliła. A nawet w kąpieli, ale przychodził moment usypiania i beze mnie i przystawienia do piersi nie mogło się to odbyć. Zaczynałam wątpić w nasze wyjście, byłam niemal zrezygnowana. W dodatku nasze dziecko jakby wyczuwało atmosferę i ku czemu to wszystko służy i za nic nie dawała się czasami uśpić, tak jakby chciała mieć nas pod kontrolą i zawsze obok siebie.

W samego sylwestra podjęliśmy jednak ryzyko – mój osobisty Połówek zabrał się z przyjaciółmi na imprezę, ja zostałam i czekałam, aż Mała się wykąpie, zje i ja uśpię. Oczekiwałam dramatu, przy czym poszło o dziwo dość gładko i szybko, więc dojechałam tylko do nich i pozostało cieszenie się wyjściem, zabawą i, jakby nie było, pierwszą randką z mężem od urodzenia się Małej a jednocześnie spoglądania w telefon, czy przypadkiem nie dzwonią dziadkowie i nie wzywają na ratunek. Wiedzieliśmy, że będą dzwonić w momencie tylko faktycznej kapitulacji i ostatecznej ostateczności, ale tak jak wspominałam już wcześniej, nasza córka jest nieprzewidywalna i byliśmy psychicznie przygotowani na ewentualną szybką ewakuację.

Jak było do przewidzenia, o północy obudziła się z powodu hałasu za oknem ale dziadkowie dali radę opanować sytuację i Mała po jakimś czasie poszła dalej spać, a my wybawiliśmy się do 3 nad ranem i z ręką na sercu, naładowaliśmy baterie na kolejne miesiące. Bardzo, ale to bardzo było nam potrzebne takie wyjście. Zresetować się, nie musieć mieć oczu dookoła głowy cały czas.

Co teraz? Co dalej?

Pobyt w Polsce z pewnością pozwolił oswoić Mię z obecnością większej ilości osób wokół niej. Wie, że nie tylko mama i tata istnieją w jej świecie. Po początkowym szoku, jaki przeżyła jeżdżąc co chwilę w nowe miejsca i widząc nowe twarze, później nie robiło to już na niej większego wrażenia. Owszem, spoglądała i lustrowała każdego ale co istotne, nie reagowała już łzami w oczach i buźką przekrzywiona w podkówkę.

Mamy świetnych znajomych i przyjaciół wokół siebie tutaj, w Szkocji. Spotykamy się regularnie, gęsto i często ale nie zastąpi to kontaktu z rodziną. Nie możemy oczekiwać od nich tego, czego moglibyśmy od najbliższej rodziny względem opieki nad Małą. I dlatego jest jak jest, mama z tatą wciąż grają u niej pierwsze skrzypce i tak będzie zapewne jeszcze przez długi czas.

Pójście do żłobka z pewnością coś zmieni, ona sama będzie większą dziewczynką i liczę na to, że bardziej samodzielną. A póki co, uwiązana do maminej nogawki od spodni, tuli się i nie odstępuje na krok. Teraz, kiedy jej dieta jest rozszerzana i karmienie piersią nie jest jedynym jej posiłkiem, będziemy próbowali sprzedać ją od czasu do czasu ciociom i wujkom, ponieważ już łatwiej jest się nią zająć. A my cichaczem udamy się na kawę, może za jakiś czas nawet do kina? Na razie to marzenie ściętej głowy, ale próbować będziemy, a co!

(Visited 48 times, 1 visits today)

You Might Also Like