Zniknięcie dziadka i muffiny czekoladowe

To było dawno dawno temu, kiedy oboje z Osobistym Połówkiem byliśmy jeszcze młodzi, wolni, a nasze życiowe zmartwienia sprowadzały się do mniej więcej „to gdzie dzisiaj jemy?”. Ach, młodość i wolność!

Wtedy też studiowałam już na szkockiej uczelni, więc bywały dni, kiedy siedziałam po prostu w domu i starałam się zmusić swoje szare komórki do pracy na wyższych obrotach i dwóch poziomach – polskim i angielskim. Ale! Co ważne dla każdego, kto wychowywał się w blokowisku – mogłam bacznie obserwować sąsiadów.

Nie, żebym była wścibska ale lubię wiedzieć, co kto i gdzie, bo skoro mieszkamy obok siebie, to jednak warto w moim odczuciu coś nie coś o sobie wiedzieć, albo przynajmniej znać swoje rytuały czy rozkład dnia. Tak też zaobserwowałam naszego drogiego dziadka, który mieszkał dosłownie nam naprzeciw.

Po kilku tygodniach obserwacji, zasłyszanych odgłosów i niewinnych pogawędkach wiedziałam już, kiedy idzie do sklepu, w jakie dni myje samochód. Niby nic, a jednak dużo. Zwłaszcza w przypadku starszego pana, który mieszka sam, co od początku budziło we mnie jakieś bliżej nieokreślone poczucie obowiązku troski i uwagi o niego.

Okno na podwórze

Pewnego dnia zauważyłam, że okno w dużym pokoju jest zdecydowanie za długo otwarte. Co gorsza, w sypialni okno było zbyt długo zasłonięte. A musicie wiedzieć, że mieszkaliśmy wtedy na parterze, więc ostrożność była wpisana w nasz lokatorski zawód. Odczekałam kolejny dzień i bez zmian, zaczęłam się coraz bardziej niepokoić.

Wiecie, co było najgorsze? Wyobraźnia, która podsyłała mi raz za razem obrazy tego, co mogło się stać i co mogłabym zastać, włamując się do mieszkania tego dziadka w poszukiwaniu… jego ciała. Brr, na samą myśl mam dreszcze i robi mi się słabo. Tak czy inaczej, postanowiłam zawierzyć tutejszej Policji i zadzwoniłam z nadzieją, że podpowiedzą mi, co mam w tej sytuacji zrobić.

Już nie pamętam, co usłyszałam przez telefon ale skończyło się na tym, że przyjechało dwóch policjantów, a ja mając nogi jak z waty, obserwowałam zza swoich drzwi co zrobią. Później już dowiedziałam się, że poszli przepytać pozostałych mieszkańców kamienicy i sklepikarza z przeciwnej ulicy, czy coś wiedzą, może coś słyszeli.

Oczywiście, do mnie też zapukali i opowiedziałam im, co mnie zmartwiło – że nie widziałam dziadka od kilu dni; że mieszkamy na parterze, dziadek ma zainstalowany alarm w mieszkaniu ale okno w salonie cały czas jest otwarte; że zasłona w sypialni jest nieustannie zasłonięta; że jest już osobą starszą i postanowiłam coś zrobić ze zwykłej troski o niego.

Spisali, wyszukali go w systemie, by potwierdzić wiek i adres zamieszkania. Odjechali.

dziadek, muffiny czekoladowe, osoba starsza, opieka i troska o osoby starsze, sąsiad

Kilka kwadransów później…

Przyjechał facet z młotem i sprzętem do wyważania drzwi w towarzystwie policji. Serce zatrzymało mi się w miejscu, nogi ugięły, ręce zaczęły trząść, suchość w gardle zaczęła drapać. Ogólnie dopadła mnie słabość.

I kiedy zaczęli rozpracowywać jak wyważyć drzwi, nie niszcząc za bardzo framugi, ja oczami wyobraźni widziałam już obrazy rodem z książek Agathy Christie – ciało dziadka na łóżku albo fotelu, włączony telewizor albo zalana łazienka i wanna z przelewającą się wodą. Policja, pogotowie i tłum fotoreporterów pod domem. Błysk fleszy, bo każde zdjęcie to gratka dla dziennikarzy i zwiększona sprzedaż porannego wydania gazety.

Kiedy dostali się w końcu do środka, zamarłam. Znów widziałam obrazy, tym razem nagłówków gazet – „Młoda Polka zawiadomiła policję. Ciało starszego mężczyzny odnalezione w mieszkaniu” albo „Tajemnicza śmierć mężczyzny. Szybka reakcja sąsiadów. Ale czy nie za późno?”. I tak dalej, do tego zdjęcia. Zawsze chciałam być sławna, ale chyba nie w ten sposób.

Drzwi w końcu wyważyli, drewniana framuga była miejscami wyłamana i weszli do mieszkania. Panowała tam egipska ciemność i cisza jak w grobowcu. Słowo daję, to były najdłuższe dwie minuty mojego życia. Cisza wokół mnie totalna – nie słyszałam niczego i nikogo, prócz bicia własnego serca, które i tak niemal stanęło w miejscu i było bliskie zawału. Policzki mnie piekły, uszy paliły, oczy niemal zalane już łzami.

Wyszedł jeden z policjantów.

– „Tu nikogo nie ma, proszę Pani”.

Jest mi słabo, robię się blada.

Czy ja zwariowałam? Czy wszystkie okoliczności, które im przedstawiłam nie sugerowały, że coś mogło się stać? Czy nie postąpiłam słusznie zgłaszając w takim razie moje obawy licząc, że policja będzie wiedzieć najlepiej, co dalej z tym zrobić?

Nagle po schodach na klatce schodowej zbiega jeden z mieszkańców i krzyczy pełen oburzenia.

– „Co tu się, do cholery, dzieje? Co Panowie wyprawiają?! Ten pan jest u swojej córki w Niemczech, zawsze wyjeżdża o tej porze roku do niej na wakacje. Na dwa tygodnie! Dlaczego nie przyszli panowie mnie o to spytać?!”

No, to okazało się, że policja owszem, wypytała sąsiadów ale tylko tych dookoła, najbliższych. Do tych na drugim i trzecim piętrze już nie zawitali. Tacy sprytni się okazali.

Czekolada, szept i kocie spojrzenie ze Shreka

Dziadek w końcu wrócił. Przez cały ten czas, kiedy czekałam aż znów zawita u siebie po wakacyjnym wypoczynku spędziłam na ścisku żołądka, bólu głowy i pisaniu w myślach scenariusza, w którym zawarłam chyba wszystkie formy przeprosin, jakie ten świat widział i słyszał. Bo jak wytłumaczyć mu, że musi teraz zapłacić za nową futrynę i drzwi, chociaż nic się nie stało z mieszkaniem?

Upiekłam prawie 20 czekoladowych muffinek, w końcu przez żołądek do serca mężczyzny. Pięknie je ozdobiłam, zapakowałam, podałam na talerzu starannie udekorowanym. Zapukałam i liczyłam jedynie na to, że nie otworzy drzwi z dubeltówką w dłoni albo nie zgromi mnie swoim spojrzeniem i nie przegoni wyzywając od diablic i niekczemnych niszczycielek spokojnego życia staruszków.

Przyjął słodki prezent, wysłuchał co mam na swoja obronę i zamknął za sobą drzwi. Oczywiście, muffiny zabrał bez zająknięcia się. Nie usłyszałam od niego ani jednego słowa. Nie wykazał za grosz zrozumienia dla mojej troski o niego. A powtarzałam wciąz i wciąż, że nie zrobiłam przecież tego specjalnie i nie miałam absolutnie złych intencji. Tak zostałam wychowana i takie poczucie troski o sąsiadów wyniosłam z Polski – znamy się, „opiekujemy” się sobą i w razie potrzeby, działamy. Kierowała mną tylko troska, bo sama mam dziadków którzy są w zbliżonym do niego wieku i chciałabym, by mieli tyle szczęścia co on, by z kolei ich młodsi sąsiedzi zwracali na nich uwagę i pomogli, gdyby zaszła taka konieczność.

Ale miałam wrażenie, że wszystko to, co mówiłam, wydawało mu się czymś całkowicie abstrakcyjnym i nie prawdopodobnym. Spoglądał na mnie cały czas podejrzliwie, widać było złość i zniecierpliwienie. Co rozumiem, bo zamiast odpocząć po podróży, musiał załatwiać faceta od futryn i drzwi.

Ale tydzień później zapukał do nas i oddał talerz, dziękując za dobry poczęstunek. Nigdy jednak więcej nie zamienił ze mną słowa, a i ja starałam się schodzić mu z drogi. No cóż, widocznie tak miało być.

dziadek, muffiny czekoladowe, osoba starsza, opieka i troska o osoby starsze, sąsiad

Morał z opowieści

Czy nadal będę uczulać własne dziecko na troskę o innych? Oczywiście, że tak.

To, że akurat ten dziadek za grosz nie potrafił zrozumieć mojego zachowania nie znaczy, że inni zachowaliby się podobnie. Chcę, by moja córka miała w sobie empatię i spoglądała dalej, na ludzi wokół siebie i wykazywała się troską. Nie nadmierną ale taką, która daje poczucie pewnego rodzaju bezpieczeństwa jej samej i ludziom wokół niej. Chciałabym, by reagowała w sytuacjach, jak wyżej, chociaż nie zawsze może spotkać się to z przyjemnym odbiorem, mimo szczerych intencji.

Nadal będę powtarzać – rozglądajmy się, poznawajmy się. Nie bądźmy na siebie obojętni i zamknięci na cztery spusty. Nigdy nie wiadomo, kiedy będziemy potrzebować czyjejś pomocy. Pamiętajmy, że dobra karma wraca.

 

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

Wpis ten powstał w ramach Klubu Polki na Obczyźnie. Przez najbliższe tygodnie klubowiczki będą pisały na dwa tematy: jak sobie poradzić z zimą i ją przetrwać (bo kto nie chciałby poznać tego sekretu!), opowiedzą historie mrożące krew w żyłach bądź doprowadzające do pęknięcia ze śmiechu. Koniecznie zajrzyjcie zarówno na klubowego bloga jak i fanpage na Facebooku. Co jest takiego fajnego w Klubie? Mnóstwo Polek rozsianych po całym świecie! 🙂

(Visited 438 times, 1 visits today)

You Might Also Like

  • Pingback: PROJEKT LUTY-MARZEC 2016 - Klub Polki na Obczyźnie()

  • Małgorzata Sulewska-Czarnecka

    Diano bardzo dobrze postąpiłaś. Hmmm w Polsce właśnie prędzej by ktoś umarł niż zostawił otwarte okno w salonie wyjeżdżając gdziekolwiek! 😀

    • Też tak myślę 😉 Szkoci są pod tym względem bardzo wyluzowani, ba, oni w ogóle mają w sobie luz, którego nam Polakom bardzo brakuje 😉 Ale jak widać, nie przekłada się to na zrozumienie i docenienie sąsiedzkiej troski.

      • Małgorzata Sulewska-Czarnecka

        Wiesz, czytając Twój dzisiejszy tekst byłam wręcz pewna, że sąsiad doceni Twoją troskę. Osobiście wolałabym być ewentualnie uratowana i olała bym drzwi, czy być może wcześniejszy powrót. Może trafiłaś akurat na człowieka, który tego nie potrafił docenić, być może przez jakieś starcze zgorzknienie czy wrodzony egoizm albo brak empatii w stosunku do innych. Mam nadzieję, że to był pojedynczy przypadek. Typ heroicznego dziadka, który nawet na starość nie potrzebuje czyjejś pomocy, gdyż wciąż chce stwarzać pozory silnego i niezależnego mężczyzny. Liczę, że kiedyś zrozumie to tak jak my to postrzegamy… A może już to zrobił, tylko głupio mu się przyznać, stąd chęć unikania Ciebie? Nikt z nas nie zna odpowiedzi, jakkolwiek uważam, że w takim duchu powinno wychowywać się dzieci. Dlaczego? Ponieważ coraz więcej jest znieczulicy. Sama przeżyłam taki moment w Polsce, gdzie krzycząc z całej siły o pomoc nikt nie wysunął nosa za drzwi swojego mieszkania, a na następny dzień dostałam z koleżanką litanię od staruszki jak to my się nie grzecznie zachowujemy… Tak! Nie grzecznie jest wołać zapłakanym głosem o pomoc! Wtedy pierwszy raz poczułam jak jest żyć w zupełnie obcym, dużym mieście…

        • Gosia, czytam i nie wierzę- naprawdę dostałyście ochrzan za wołanie o pomoc?! Nie wiem, co na to odpowiedzieć… ludzka obojętność bywa okrutna.

          Teraz mieszkamy w innym miejscu, mamy fantastycznych sąsiadów. Ale kiedy opuszczaliśmy to mieszkanie, o którym mowa w tekście, miałam wrażenie, że dziadek odczuł pewną ulgę. Nawet się z nami nie pożegnał. No cóż 🙂 Winę biorę na siebie 😉

          Mam nadzieję, że wtedy, kiedy wołałaś o pomoc, wszystko skończyło się dobrze?

          • Małgorzata Sulewska-Czarnecka

            Tak, dostałyśmy ochrzan od babci za wołanie o pomoc. To był pierwszy rok studiów, pierwsza stancja. Razem z koleżanką zamieszkałyśmy w mieszkaniu w bloku gdzie drugi pokój wynajmowali jeszcze pewien chłopak i dziewczyna. Traf chciał, że chłopak prawdopodobnie zakochał się w mojej koleżance, ale ona nie odwzajemniła jego uczuć. Pewnego dnia wrócił strasznie pijany. Tego samego dnia doszło wcześniej do sprzeczki między nimi. Gdy wrócił nie wiem dlaczego, wyglądał na bardzo rozjuszonego i zaczął szamotać po całym mieszkaniu moją koleżankę. To była jakaś masakra, akurat on był jedyny, który nie studiował, był budownańcem, co widać było po jego posturze. Zaczęłam odciągać go od niej, mówić, że to co robi jest złe, by się opanował. Gość jak wszedł do mieszkania nie zamknął drzwi, były uchylone, więc co rusz wyskakiwałam na klatkę krzycząc o pomoc z całych sił i znów próbowałam go powstrzymywać na tyle ile byłam w stanie. To był jakiś horror. Wszystko działo się bardzo szybko. Koleżanka już opierała się o okno, a on ujadał i potrząsał nią, popychał. W końcu jakimś cudem, któreś ze zdań do niego przemówiło. Zaczęłam go jakoś odciągać. Co mnie zaskoczyło – on mnie ani razu nie uderzył i jak go później coraz bardziej próbowałam odciągnąć zaczął powoli się wycofywać, aż w końcu udało nam się go wspólnie wypchnąć za drzwi i przekręcić zamek. Bardzo to przeżyłyśmy, do końca wieczora płakałyśmy i dzwoniłyśmy do rodziców, by zapytać co zrobić. Natychmiast zaczęłyśmy szukać nowej stancji. Po kilku dniach już nas tam nie było. Jakkolwiek całe wydarzenie odbyło się przy w pół otwartych drzwiach. Cały czas krzyczałyśmy przerażone, prosiłyśmy o pomoc. Nie robiliśmy imprez, to zdarzenie było pierwszy raz. Nikt, dosłownie nikt nie przyszedł zobaczyć co się dzieje, nikt nie wezwał nawet policji, nikt nie wyszedł na klatkę…. Na drugi dzień jakaś kobieta miała tupet zwróć nam jeszcze za to uwagę. Oczywiście odpowiedziałam jej, że to – według niej niegrzeczne zachowanie było wołaniem o pomoc. Ona nic nie odpowiedziała tylko odwróciła się na pięcie i poczłapała w kapciach spowrotem do swojego mieszkania…. Ehhhhh…

  • Pingback: Jak przetrwać kanadyjską zimę w Vancouver ? Jaką zimę ja się pytam ?! - Kanada się nada()