Zdani na siebie. Troska o prywatność czy izolacja?

W obecnych czasach jesteśmy zdani na siebie. Skończyła się era wielopokoleniowych domów. Coraz częściej dzielą nas od najbliższych setki kilometrów. Troszcząc się o prywatność, popadamy w izolację. Na co dzień zostajemy więc sami.

Chłopak z dziewczyną.

Narzeczeni.

Żona i Mąż.

Partner z Partnerką.

A potem pojawia się dziecko. I jest ich już troje. Ale nadal są sami…

Nie wiem dokładnie kiedy na przestrzeni ostatnich już kilkudziesięciu lat dokonała się u nas tak wielka zmiana. Kiedy tak bardzo zachłysnęliśmy się wolnością. Zachłysnęliśmy się własnym JA. I zaczęliśmy wokół tego JA stawiać mury. Zasłaniać okna. Stawiać ogrodzenia. Zamykać osiedlowe bramki.

Z dzieciństwa tego nie pamiętam, za to jak dziś przypominam sobie odbieranie kluczy od sąsiadki z dołu. Wychodzenie do szkoły z kumplem z klatki obok pod pilnującym okiem jego mamy. Pamiętam długie wieczory spędzone u rówieśniczki z mieszkania piętro niżej. Pamiętam godziny spędzone na wspólnym, otwartym placu zabaw, na którym do szczęścia potrzebny był trzepak. Dziś patrzę dookoła. Mamy wiele dobrego. Ale wielka szkoda, że tego już nie ma.

A to w dobie, gdy najbardziej siebie potrzebujemy. Bo gdy najbliższa rodzina zostaje daleko, to ze znajomymi, a najczęściej własnymi sąsiadami, siłą rzeczy jesteśmy najbliżej. Chcąc nie chcąc. Kupujemy mieszkanie i automatycznie stajemy się częścią pewnej społeczności. Społeczności swojego piętra, bloku, całego osiedla.

Ale… czy my dzisiaj znamy w ogóle swoich sąsiadów? Rzucamy pospieszne „Dzień dobry” i „do wiedzenia” w windzie, lub nawet nie. Ciężko o uśmiech. Trudno o życzliwość. Wychodzimy, gnamy, wracamy i trzaskamy za sobą drzwiami. Zmęczeni, wolimy nie widzieć, że ktoś mógłby potrzebować pomocy, wsparcia, zwykłego uśmiechu na lepszy dzień. Przecież wystarczy nam nasze własne podwórko. Ale czy aby na pewno?

Moi rodzice ze mną i bratem mieszkali daleko od swoich rodzinnych miast. Z rodziny byliśmy my, i od najbliższych bliskich krewnych dzieliła nas minimum godzina drogi. Dzisiaj ja, o czym wspominałam w już dosyć starym tekście o samotności w wielkim mieście, jestem w dokładnie takiej samej sytuacji. Z dala od tych mi najbliższych. Tych, których naturalnie poprosiłabym o pomoc.

Ale jestem też szczęściarą, bo na piętrze, mam fantastycznych sąsiadów. Takich, z którymi pierwsze słowa wymieniliśmy już w dniu przeprowadzki. Którzy wpadli do nas na parapetówkę. Zaprosili na ślub. Którym przez ścianę możemy włączyć Playstation. Sąsiadów, których córka jest z tego roku co nasza, i bez których, nie wiem co byśmy zrobili. A ostatnio to już w ogóle. Ze względu na wydarzenia związane z komplikacjami w ciąży ( wpis o brutalnej statystyce i badaniach prenatalnych), musieliśmy częściej z Mężusiem kombinować. I to oni przyszli nam z pomocą. Gdy na wizytę u specjalisty musieliśmy wybrać się na 19:00 i czekać, bo byliśmy wpisani dodatkowo na listę, oni byli. A byłam pod ścianą. Nikogo, kogo mogłabym o tej godzinie, tak na szybko, bez dłuższego planowania poprosić o taką przysługę.

Nie spodziewałam się, a jednak są. Nasze dziewczynki się uwielbiają i ganiają razem po korytarzu na piętrze. Ich córka, to jednocześnie pierwsza koleżanka Madzi. Pierwsza, której imię świadomie zapamiętała. I dobrze wie gdzie idzie. Pozwalamy jej wyjść, zapukać bo tam zawsze czekają na nią życzliwi ludzie, czasem z ciepłą zupą (którą u sąsiadki je dwa razy chętniej niż w domu) i z nowymi zabawkami. A na mnie z kubkiem już teraz bezkofeinowej kawy.

Taką relację uważam za bezcenną. I będzie mi jej niezmiernie brakować, jak przyjdzie nam kiedyś zmienić mieszkanie (bo nasze 44 m2, mogą okazać się przyciasne). Wiem też, że trochę jest łatwiej, gdy między sąsiadami jest mniejsza różnica wieku, a o łączącej mocy posiadania dzieci w podobnym wieku nawet nie wspomnę. Wielu z moich znajomych właśnie w momencie pojawienia się dziecka, zwróciło się w stronę sąsiadów, tych w podobnej sytuacji. Na nowych osiedlach, choć zamkniętych, młodym rodzicom też odrobinę łatwiej, bo jak nikt inny potrzebują kontaktu. A do sąsiada najłatwiej. Najbliżej. Można wpaść z dzieckiem pod pachą i pogadać. Taka mała chwila wytchnienia.

Myślę jednak, że są to wyjątki, od dużo mniej pozytywnej reguły. Od naszych na co dzień pozamykanych domów i pozasłanianych okien.

Wiem, że taka otwartość, to nie jest łatwa sprawa. Sama miewam z tym problemy. Choć bardzo świadomie, potrafię się na tym złapać. Na tym, że gnam. Że nie zwracam uwagi. Że jak ostatni gbur wyparowałam z windy. Widzę to w sobie i wiem nad czym powinnam pracować. Więc próbuje zwolnić, odwzajemnić krótką rozmowę w windzie ze starszą panią bez irytacji, zawsze odpowiedzieć „dzień dobry” gdy dziecko w windzie wita się po 10 razy, czy uśmiechnąć do zaganianego sąsiada.

A jak Wasi sąsiedzi? Mieliście może tyle szczęścia co ja? Mam nadzieję, że tak 🙂 Bo to na wagę złota! Serio, serio!

prywatność

(Visited 266 times, 2 visits today)

You Might Also Like