Wtedy czy teraz? Zawsze inaczej, nieustannie ciekawiej

Ostatnio usłyszałam pytanie: „Diana, kiedy było Ci lepiej i łatwiej? Teraz czy wcześniej, kiedy Mia była niemowlakiem?” I zaczęłam przypominać sobie wszystko to co się działo przez ostatnie dwa lata i wiem już, co mogę odpowiedzieć.

To, że czas leci nieubłaganie do przodu wiemy wszyscy. Nie ma zlituj i widzę to codziennie w lustrze, kiedy spoglądam na te wszystkie zmarszczki, kurze łapki, opad skóry i mięśni tu i ówdzie. Ale widzę też to po moim dziecku i chociaż święcie wierzę w powiedzenie „to dzieci się starzeją, rodzice młodnieją”, tak są momenty, kiedy staję twardo na ziemi i cóż… pozostaje mi tylko cieszyć się chwila i brać z niej to, co najlepsze.

Dni, w których trzymałam malutkie zawiniątko w ramionach i tuliłam do snu lub kiedy zanosiło się płaczem, wspominam z wielkim rozrzewnieniem. No uwielbiałam to po prostu, a to małe ciepłe ciałko wtulone we mnie dawało mi takie ukojenie, jak żaden inny magiczny sposób wyczytany w kobiecych czasopismach.

Nieprzespane noce i pobudki co godzinę lub dwie są teraz jedynie mglistym wspomnieniem i tak jak kiedyś sama siebie pocieszałam – teraz się z tego śmieję. Trochę mniej mi do śmiechu na myśl o trudach usypiania w dzień, bo moja córka jakoś od zawsze była ze snem na bakier. Szczęśliwie, moja suszarka przetrzymała te godziny i tygodnie bycia na chodzie niemal non stop.

Radosne gaworzenie, poranne i wieczorne śmieszki, ten wielki radosny uśmiech na buzi na mój widok po przebudzeniu się z drzemki. Serce rośnie!

Ale to malutkie zawiniątko rośnie. Nadal uwielbia się tulić, być noszona ale zaczyna być coraz bardziej samodzielne. Począwszy od raczkowania, chodzenia, sięgania po coraz ciekawsze przedmioty. Odkrywanie szuflad, zakamarków. Przekraczanie kolejnych swoich granic (i rodziców). Aż w końcu nastaje dzień, w którym dociera do nas, że to już nie jest niemowlę tylko mały człowiek, który zaczyna mieć swoje zdanie, upodobania, kaprysy, gorsze i lepsze dni.

Nie ma zlituj, gdy pierwsze pięć sukienek nie podoba się, bo jest tylko TA jedna i żadna inna nie wchodzi w grę. Nie ma tak łatwo w kuchni – są już na tapecie ulubione smaki, owoce i warzywa, nowości raczej średnio widziane i „nie mamusiu, nie chcę tego” lub „mamusiu, daj kawałek czekolady” na śniadanie.

W pewnym momencie, a jest to zdaje się magiczna granica dwóch lat, słowo „nie” wchodzi na stałe do słownika i traktowane jest niemalże jak przecinek w zdaniu. „Nie” mówione jest nawet wtedy, kiedy chce się powiedzieć „tak”. Wszelkie dyskusje to próby nawiązania konstruktywnego dialogu, głębokie wdechy, sięganie po zasoby cierpliwości i wyrozumiałości.

I kiedy tak sobie o tym wszystkim myślę to dochodzę do wniosku, że wtedy – wcześniej, było łatwiej. Dlaczego? Bo dziecko jeszcze w pełni zależne od rodzica, nie ma zbyt wielu wygórowanych potrzeb, nie trzeba wdawać się w dyskusje i szukać argumentów. Tymczasem teraz, po dwóch latach, poprzeczka się podniosła. Jest trudniej i skłamałabym mówiąc, że zawsze jest radośnie, wesoło, beztrosko. Nie – jest sto razy bardziej wymagająco. Ale jednocześnie dużo ciekawiej i ekscytująco. Za nic w świecie nie oddałabym pierwszego wyznania miłości mojej córki do mnie i jej taty. Pierwszych pełnych wypowiedzianych zdań i zaśpiewanych piosenek. Chęci przytulania się ot tak, po prostu bo chce się przytulić i słuchania tego, jak sama opowiada na głos historię Kopciuszka.

Teraz kończy się jedno lato, za rok będzie następne ale będzie też inne, tak bardzo inne od tego, które będziemy teraz żegnać. Mia starsza o rok, a to oznacza jeszcze większe zmiany w tym, jaką będzie dziewczynką. Dzisiejsze dni niby jedne do drugich podobne a jednak różnią się od siebie i boję się, że kiedyś nie będę już o nich pamiętać. Że będą zamazane i nie będę w stanie odróżnić tych wakacji od następnych. Dlatego staram się łapać momenty, te chwile ulotne, tworzyć je na swój sposób wyjątkowe bo nie powtórzą się. Każde lato, każde święta są i będą inne.

Dla dziecka rok to kawał czasu i ciekawość mnie już zżera jak to będzie wyglądać. Jakie książki będą na tapecie i bajki. Jakie ubrania i zabawki. Jakie zainteresowania i znajomości się pojawią. I jak my, rodzice, odnajdziemy się w tym wszystkim. Boję się przegapić to wszystko i obudzić nagle w momencie, w którym moja córka oznajmi nam, że idzie na imprezę. Albo że przychodzi do niej jej chłopak i Osobisty Połówek przypomni sobie nagle o kiju baseballowym schowanym gdzieś  na piętrze, bo przecież dubeltówki nie mamy a pilnować córki trzeba 😉

Kiedyś koleżanka powiedziała mi: „Diana, teraz jest fajnie ale będzie jeszcze fajniej. Zobaczysz”. I to prawda. Czy łatwiej? Łatwo chyba nie jest nigdy. I chociaż nie raz jeszcze będą ciężkie dni i chwile, nie oddałabym tego za nic. Łapię to wszystko w garść, cieszę teraźniejszością, z optymizmem spoglądam w przyszłość.

(Visited 189 times, 1 visits today)

You Might Also Like

  • Małgorzata Sulewska-Czarnecka

    Piękny tekst:) Akurat nasze dziewczynki są w przybliżonym wieku i to wszystko co piszesz jest mi bardzo bliskie 🙂 Założę się, że za kilka lat znów będziemy wspominać ze wzruszeniem, że dwuletnie dziecko to też nie był taki trudny etap 😀 Dlatego najlepiej cieszyć się każdym dniem takim jakim jest, nawet jeśli ma się ochotę wyjść z siebie to i tak ten uścisk maleńkiej rączki, czy słodki buziaczek zawsze wszystko wynagradza. 😉

    • Dzięki 🙂
      I pewnie tak właśnie będzie 🙂 Dlatego starajmy się nie zwariować i jakoś łapać to co dobre, bo czas i tak wymaże z pamięci te gorsze chwile. Będą niczym mgiełka… buziakujmy i trzymajmy za rączki ile tylko to możliwe!