W oczekiwaniu na… „kochanie”.

Kobieta, która spodziewa się swojego pierwszego dziecka, wiadomo, nie jest w pełni świadoma tego, co ją czeka. Zarówno w kwestii porodu, jak i tych chwil tuż po, gdy maleństwo jest już na świecie. Bombardowani w telewizji, filmach i serialach scenami z porodówek spodziewamy się odpowiednio – odejścia wód, bólu i związanych z nim krzyków, potu, łez a następnie ujęcia rozanielonej matki trzymającej w objęciach swoje dziecię. Chyba niczego nie pominęłam? No może jeszcze zwariowana jazda najlepiej porwanym autobusem do szpitala… Wybaczcie :).

Nie przypominam sobie bym kiedykolwiek widziała film, w którym ciężarna bohaterka nerwowo drepta po mieszkaniu, licząc skurcze i zastanawiając się czy już to już czy może jeszcze za chwilę. To przecież zupełnie nie buduje napięcia, zdecydowanie zbyt kiepskie na finał. Tymczasem jak część z nas wie, a część się dowie, rzeczywistość wygląda zupełnie inaczej. I nie mam tu na myśli tylko i wyłącznie chwili porodu, ale również tego, co dzieje się tuż po… tych wielkich emocji, fali objawienia i miłości do nowo narodzonego dziecka. Bo czy ta, miłość oczywiście, aby na pewno zawsze już jest?

Do tematu podchodzę już któryś raz z kolei. Natchnął mnie do tego jeden z pierwszych wpisów Diany, w którym pisała o tym, jak wyznaje swojemu dziecku miłość ( wpis: „Wyznaję mojemu dziecku miłość. A Ty?”), a potem przypadkowo napotkany artykuł na Onecie mówiący o tym, jak to kobieta może nie kochać własnego dziecka (całość możecie przeczytać o tutaj >KLIK<). I o ile wersja Diany, to to, o czym każda z nas, a przynajmniej większość marzy, tak to, o czym można przeczytać w drugim artykule, już zdecydowanie nie. Ale nie ma się w sumie co dziwić, w końcu niewiele z nas mówi głośno o tak powszechnym zjawisku jakim jest baby blues, a co dopiero o depresji poporodowej, czy skrajnościach (choć kto wie) takich jak te przytoczone w artykule z onetu.

Temat baby blues’a czyli tzw. smutku poporodowego jest mi bardzo dobrze znany. Skąd? Bo miałam okazję go doświadczyć na własnej osobie. Oto pierwszego stycznia (roku ubiegłego), urodziłam przecież cudowną, zdrową dziewczynkę, ale jakoś nic, nie było tak cudowne jak miało być. Z ostatnich momentów porodu i tego, co działo się po niezbyt wiele pamiętam. Emocje i adrenalina wydarzeń sprawiły, że w głowie mam tylko pewne urywki, fragmenty. Jak się czułam? Nie powiem Wam, choć chyba głównie zmęczona i zupełnie jak w nie swojej bajce. Cały pobyt w szpitalu, choć pamiętam już lepiej, jest surrealistycznym wspomnieniem. Tak naprawdę co się wydarzyło, dotarło do mnie z impetem dopiero jakieś 5 dni później, gdy przekraczaliśmy już wspólnie próg naszego domu.

O tym, czym jest baby blues, mimo, że wiem, bardzo trudno mi powiedzieć. Oczywiście możemy znaleźć w sieci tysiące definicji, ale jak to się przeżywa, to już nie tak łatwo ująć zwykłymi słowami. Bo w zasadzie wszystko po prostu toczy się dalej, a matka wykonuje wszystkie swoje obowiązki z pieczołowitością i poświęceniem – dokładnie tak, jak jest to oczekiwane. Tyle tylko, że zamiast radości i chwil błogiego wpatrywania się w swoje maleństwo, częściej pojawiają się bliżej nieokreślone chwile smutku. Smutku przeplatanego ze łzami, poczuciem niepewności i strachu. Ten jeden moment, w którym rodzi się nasze dziecko, zmienia wszystko, i czasem, właśnie to zmienione wszystko tak bardzo przeraża.

Oczywiście baby blues mija. Tym się tak właściwie charakteryzuje i na tej podstawie odróżnia się go od depresji poporodowej. Wraz z oswajaniem się z nową sytuacją, opadaniem adrenaliny, stresu jak również, wyrównywaniem poziomu hormonów, wszystko na nowo się normuje. I jest jak w tym naszym filmie, tylko z kilkutygodniowym opóźnieniem.

Co bym powiedziała, że w tym okresie jest bardzo ważne? Przede wszystkim – wsparcie. A niestety, o to naprawdę nie łatwo. Tym razem ja sama, też już jakąś chwilę temu, w tekście „Między nami Mamami” napisałam o tym, jak to trudno bywa, by kobieta mogła liczyć na naprawdę szczerą rozmowę z drugą kobietą, też matką. Wszystkie musisz tak, powinnaś siak, będziesz jeszcze tak, sprawiają, że zamiast otuchy, można tylko dostać dodatkowego kopa.

Ja miałam w zaistniałej sytuacji naprawdę dużo szczęścia. Nie tylko mój Mężuś, nie patrzył na mnie dziwnie, a raczej na tyle, ile mógł starał się wspierać, służyć ramieniem lub ciszą, gdy była taka potrzeba, ale również moja kuzynka, świeżo upieczona położna, dużo ze mną rozmawiała i skrupulatnie pytała, jak się czuję. To było mi bardzo potrzebne, wiedzieć, że ktoś wie. Że nie jestem w tym wszystkim jakimś dziwadłem. Wsparcia można na szczęście szukać w różnych miejscach. Jak akurat tutaj sieć przychodzi nam z pomocą. Jak nie mama, przyjaciółka czy znajoma, to właśnie internet, z takimi wpisami jak ten mój dzisiejszy, pozwala nam poczuć, że w takiej sytuacji nie jesteśmy odosobnionym przypadkiem. I czasami, dokładnie tylko tyle wystarcza.

Nie będę Was pytać, a jak to u Was było. Bo kto przeżył ten wie. Kto nie, ten nie ma czego żałować. Ale jeśli jest ktoś, kto ma wątpliwości, kto się może boryka właśnie z takimi rozterkami, to mam nadzieję, że ten wpis, może będzie, choć takim malutkim głosem wsparcia. Naprawdę nie jesteśmy w tym same. Skądś się muszą brać przecież te statystki, które głoszą, że baby blues dotyka nawet 80% kobiet, a to już naprawdę sporo.

baby blues w oczekiwaniu na kochanie

 

PS. Bardzo dręczyła mnie kwestia tych filmów, i myślałam, myślałam i wymyśliłam. Zamiast standardowego pytania, mała zagadka. W jakim filmie jedna z głównych postaci boryka się z depresją poporodową? Podpowiem tak: film na podstawie książki, z Jennifer Aniston, o cudownym, szalonym psie :).

(Visited 540 times, 1 visits today)

You Might Also Like

  • Pingback: Jestem MAMĄ, jestem SOBĄ! | MAMORKI.com()

  • Małgorzata Sulewska-Czarnecka

    Moniko wydaje mi się, że pierwsza ciąża zazwyczaj obfituje w niepokój i strach, że nie czujesz instynktu macierzyńskiego i jaką będziesz matką. Z kolei po porodzie nieraz jest natłok wszystkiego i mimo, że wychodzisz z siebie wciąż znajdują się inne osoby, które wiedzą lepiej i wytykają błędy. W pierwszych miesiącach po porodzie moja córeczka miała codziennie kolki. Nie wiedzieliśmy co się dzieje, szukaliśmy coraz to nowych sposobów, na ulżenie jej w cierpieniu. Mąż pracował całymi dniami, ja zaś czułam się samotna (rodzina na drugim końcu Polski), zmęczona i przerażona tym, że ciągle coś dolega mojemu dziecku, a ja jako matka nie potrafię mu pomóc. To doprowadzało mnie do łez i przygnębienia. Nie wierzę w idealne matki. Nieraz czytam na forach, grupach, jakie to super potrafią być, nieustraszone i jak od początku są eko i naturalne, jak ich dzieci są spokojne, wręcz od razu mówią, sikają do nocnika, same się bawią, jedzą wszystko, nigdy nie chorują i w życiu nie dostały antybiotyku. Myślę, że to wszystko to maska. Próba pokazania się oraz chęć górowania wśród innych. Sądzę, że za tą kurtyną idealności, kryją się kobiety, które są nieraz wyręczane przez innych, może są niedoceniane przez partnerów więc szukają innych pochlebców. Nie wiem skąd bierze się to zjawisko. Jedno jest pewne. Bardziej docenię matkę rozczochraną, w zabrudzonym ciuchu niż matkę, która wygląda jakby właśnie wyszła z sesji zdjęciowej na okładkę Voga 😉 Matka idealna według mnie to macierzyństwo na pokaz, bo jaka kobieta przy pierwszym dziecku wiedziała by wszystko co ma robić i co najważniejsze pogodziła by to z poprzednim życiem – wolnej, seksownej kobiety z idealnym biustem i bez rozstępów?

  • Małgorzata Sulewska-Czarnecka

    Oczywiście niezaprzeczalnym faktem jest to, że każda z nas stara się być idealna. Szuka informacji i porad by zapewnić jak najlepsze dzieciństwo swojemu skarbowi, bo kocha go ponad życie, ale nie oszukujmy się – macierzyństwo to wiele prób i błędów, radości i smutków. To jest jedna wielka wybuchowa mieszanka wszystkiego, czego nawet nie oczekujemy, dlatego niemożliwe jest by istniała matka idealna;) Żadna kobieta nie jest w stanie dokładnie ocenić wyobraźni i umiejętności swojego dziecka 😉

    • Gosia, wiesz co ujęłaś to tutaj idealnie „wybuchowa mieszanka wszystkiego”. To dosłownie tak jest. Uczucia tak skrajne potrafią się ze sobą w sekundę mieszać. Do dziś mnie ten aspekt fascynuje. I zgadzam się z całą resztę tego co napisałaś, że nie istnieje matka idealna. Wszystkie możemy tylko szukać i próbować robić to co najlepsze dla naszej rodziny i naszych dzieci. Nie ma dwóch takich samych sytuacji. Ale możemy się inspirować i wspierać. Ja tam nie chcę pisać, że całe to macierzyństwo to tylko trud, brud, zmęczenie i w ogóle. Ale to też jest częścią pakietu więc nie mam w planach oszukiwać ani siebie ani nikogo, że jest inaczej. Bo jest jak jest z tymi dziećmi i nami, jako mamami – czasem słońce, czasem deszcz 😀

  • Doświadczyłam baby blues’a na własnej skórze, nikomu nie polecam. Mam nadzieję, że jak już doczekamy się drugiego potomka, to te pierwsze tygodnie będą nieco łatwiejsze. A film to oczywiście Marley i ja 😉

    • Ech coś czułam, że zagadka za prosta :). A co do baby blues, powiem Ci mając podobne doświadczenia po starszym dziecku, że przy drugim masz szansę na dokładnie 180 stopni w drugą stronę. Zbieram się, żeby właśnie o tym napisać, jak naprawdę może być inaczej. Niby wiem, że baby blues może dopaść niezależnie czy to pierwsze czy dziesiąte dziecko, ale chyba już ta pewna wiedza dotycząca choć podstawowej obsługi dziecka, jakoś ułatwia całą sprawę.

  • Pingback: Drugie macierzyństwo. Szczęśliwsze macierzyństwo? - MAMORKI.com()