Teoria multiplikacji. Co z tą miłością gdy pojawia się drugie dziecko?

UWAGA: Na dzień dzisiejszy jest to wpis czysto teoretyczny. Dlaczego?

Bo nie jestem w stanie jeszcze wypowiedzieć się, czy to co miałam okazję do tej pory przeczytać w temacie pojawienia się w rodzinie drugiego dziecka jest prawdą. Zweryfikuję i przekażę Wam gdy przyjdzie czas. Teraz pozostaje teoria. Teoria dzielenia lub multiplikacji. Ciekawe, która Wam jest bliższa?

W pewnym sensie można by powiedzieć, że z jednym dzieckiem wszystko jest proste. Jest jedno. Jedyne. Najukochańsze. Skupia całą naszą uwagę, cały czas. Razem przeżywamy wszystkie pierwsze rodzicielskie wzloty i upadki. Sytuacja, która ma miejsce w naszym życiu również tylko raz. I to jedno pierwsze dziecko, przez dłuższy lub krótszy czas jest jedynym odbiorcą naszej miłości, troski i opiekuńczości. Czy to dobre, temat na zupełnie inny wpis. Ale z pewnością prawdziwe.

Co więc dzieje się później z tą naszą miłością?

Miałam okazje podyskutować sobie z jedną ze znajomych właśnie na ten temat. Obie mamy dzieci w tym samym wieku, z tym, że to ja spodziewam się kolejnego. Ona jeszcze nie. Zdradziła, że boi się, co wtedy z tą miłością? Bo teraz jej syn jest dla niej wszystkim i nie wyobraża sobie dzielenia tej miłości, uwagi. Przekazania tych samych uczuć drugiemu dziecku.

teoria multiplikacji

Na to ja, oczytana już w tym temacie, wygłaszam radośnie teorię o MULTIPLIKACJI. Gdzieś, nie pamiętam dokładnie gdzie, przeczytałam zdanie, które wydało mi się najlepiej odzwierciedlać to, co dzieje się z uczuciami, gdy rodzina się powiększa. Ponoć wtedy po prostu i nasza zdolność do kochania również rośnie! Eureka, nie? Wcale się nie dzieli, to co mamy teraz na pół, na trzy i więcej, ale z każdym dzieckiem, miłość ponoć się multiplikuje.

Jest to teoria, którą mimo, że bardzo chętnie teraz przytaczam, też nie do końca jestem w stanie mentalnie ogarnąć. Jeśli moje serce stanowi 100% to w tej chwili te 100% jest dla tego jednego dziecka. Logika wskazuje jednak bardziej na dzielenie miłości niż jej pomnażanie. Ale, może rzeczywiście, serce w tym metaforycznym sensie rośnie? Ze 100% naładowania do 200? 300? Tylu, ile jak akurat potrzeba?

Czemu nie ogarniam? Bo gdy patrzę na to swoje dziecię, miewam takie momenty (najczęściej jak śpi 😉 ), w których mam wrażenie, że nie można już kochać bardziej. Że ta miłość jest tak duża, że aż boli. Że dopóki jej nie ma, nie można jej sobie wyobrazić. Nie można jej doświadczyć. A jednak jest. Pojawia się i zaskakuje swoją siłą rażenia. A teraz, mam nosić w sercu taką miłość dla dwójki dzieci? Czy to jest w ogóle do wykonania?

Jeszcze jestem w ciąży. Czekam na pojawienie się córki z niecierpliwością ale i strachem. Znowu nie wiem jak to będzie. Wbrew pozorom łatwiej teraz, bo ciążę traktuję bardziej jako fizjologiczny stan a nie duchowe uniesienie. W kwestii podejścia najbliżej mi do tego co pisała niedawno nishka.pl tłumacząc, czemu nie nazywa swojego dziecka fasolką. Nie śpiewam, nie puszczam muzyki, nie czytam na wieczór. W pierwszej ciąży też tego nie robiłam, co nie znaczy, że nie oczekiwałam, czy że troszczyłam się mniej. W tym aspekcie wygrywa w mojej głowie racjonalność i medycyna bardziej niż wzruszenia i emocje. Ale po porodzie, z tym małym człowiekiem już po drugiej stronie, wszystko jest inaczej. Znowu będzie inaczej.

Wierzę, w teorię multiplikacji, bo dzielenie już jako samo słowo kiepsko brzmi. Świadczy o tym, że ktoś będzie miał tej miłości mniej. Że zostanie mu zabrana. Przeniesiona gdzieś indziej. Zamieniona. Mam nadzieję, że nie jest to naiwne marzenie matki oczekującej. Bo przecież moja druga córka będzie też pierwszą drugą córką. Pierwsza nigdy nie będzie drugą, a druga pierwszą, ale wszystko co razem, będziemy ponownie przeżywać pierwszy raz. Już nie w trójkę, ale w czwórkę.

Mamy dwójki (trójki, czwórki etc), aż ciśnie mi się na usta by zapytać: I JAK TO JEST??? Ale chyba boję się Waszej odpowiedzi. Tego, że sprowadzicie mnie na ziemię. Choć może warto by było się tak zakotwiczyć na zapas, co by ewentualnie rzeczywistość nie za bardzo dała w kość?

Tego też nie wiem. Czekam. I… multiplikuję!

teoria multiplikacji

(Visited 306 times, 1 visits today)

You Might Also Like

  • BOTAKowo

    Dosłownie parę godzin temu wypuściłam posta, gdzie piszę o swoich obawach przed kolejną ciążą i jako pierwszy pojawił się właśnie temat ten „nieszczęsnej” MIŁOŚCI! Widać to chyba naturalne obawy 😀 Ale też sobie niewyobrażam, by mogłobyc jej jeszcze więcej. Nie jestem jeszcze nawet w ciąży, ale już mnie ten temat nieco przeraża. Oby było tak jak piszesz 😉 Możesz sprostować w kolejnym poście, jak już mały człowiek będzie na świecie 😉 Bardzo jestem ciekawa. Powodzenia!

    • No najpierw musiałam skoczyć do Ciebie i przeczytać. Rzeczywiście, jakbyśmy rozważały tę samą kwestię, z tym, że u mnie na niektóre pozostałe przemyślenia jest już ciut za późno! 🙂 Tym samym liczę na tym, że miłość się mnoży, ale obiecuję, że dam znać jak to będzie już po. Bardzo fajnie piszesz u siebie i każdy jeden z punktów jest istotny i prawdziwy, ale właściwie nic nie jest w stanie przeważyć szali jaką jest szczęśliwa rodzina! Z całą resztą można sobie dać jakoś radę (choć łatwo pewnie nie bywa).

  • Pingback: Żłobek. Moja recepta na chwile sam na sam z drugim dzieckiem. - MAMORKI.com()