Śpij kochanie, śpij!

Zupełnie jak Diana, mam takie wrażenie, że zanim Madzia dołączyła do nas, czytałam i słyszałam mnóstwo o tym, jak to niemowlęta dużo śpią. Wiecie, taki „urban legend”, czy coś w tym stylu.  Co gorsza, ja w to zasadniczo wierzyłam i sama miałam wizję rozanielonego niemowlaka pogrążonego w spokojnym, kolorowym śnie. Jasne, że w ten magiczny obrazek nawet dosyć sprawnie wkomponowałam to, że zdarza się niemowlętom pomylić dzień z nocą, że gdy coś boli to marudzą do późna, że miewają straszne kolki, że budzą się, żeby jeść, ale tak ogólnie – śpią.

Tymczasem moja nowa rzeczywistość brutalnie sprowadziła mnie na ziemię!

Córcia, jakby dokładnie wiedziała z jakim rodzajem rodziców ma do czynienia, ku niepoznaki, pozwoliła nam spokojnie przebrnąć przez pierwsze miesiące razem. Nauczona o wadze rytuałów, od urodzenia dbałam o to, by moja latorośl, miała jak najbardziej relaksujące wieczory. Wyciszająca muzyka (by Raimond Lap), przygaszone światło, nucone delikatnie do uszka kołysanki (jak już się ich w końcu nauczyłam) – i dzidzia spała. Oczywiście było nocne karmienie, zmienianie pieluszki, przytulanie, ale dziecko szybko usypiało ponownie i odkładane do łóżeczka budziło się na kolejną przekąskę. W dzień również dwie, czasem nawet trzy drzemki pozwalały nie tylko mi, ale i Tatusiowi, na złapanie oddechu, chwilę relaksu, wieczorem film – nic tylko pozazdrościć. Aż ta sielanka się nagle skończyła… i walka o sen nadal trwa.

Przez długi okres czasu nie było problemu z nocnym snem naszego bąbla – skutecznie uśpiona przy piersi, zapadała w długi, spokojny sen. Jednak pewnego dnia nasza Magdalenka postanowiła stanowczo i zdecydowanie pożegnać się z drzemkami w ciągu dnia… przecież tyle dzieje się dookoła. Do dziś, zmęczona, z czerwonymi, wpół otwartymi oczami, przewracająca się na porozrzucanych zabawkach, za nic nie chce iść spać – łóżeczko ma działanie pobudzająco-alergizujące, trzech ziewnięć nigdy się nie doliczyłam (bo czy liczyć, gdy pierwszy ziew pojawia się zaraz po obudzeniu?), a wszelkie czytanki i śpiewanki prędzej uśpią czytającego niż obiekt usypiany. Także nadal wytrwale spaceruje dwa razy dziennie, bo to jedyny skuteczny sposób, by dziecko odbyło swoje dokładnie odmierzone pół godzinne drzemki. No dobra, rączki też się spisują, ale wtedy, kręgosłup się buntuje. Spacery zdrowsze – i dla dziecka, i dla fizycznej kondycji mamusi.

Niestety wraz z pojawianiem się pierwszych zębów pożegnaliśmy się również z przesypianymi nocami. Chyba powinnam podziękować za stosunkowo późne ząbkowanie. Tym samym ponownie w naszą mozolnie wypracowaną codzienność piorun trzasnął. Z jednej nocnej pobudki, do której zdążyliśmy przywyknąć, ponownie walczymy z kilkoma pobudkami w ciągu nocy, oraz koszmarem wieczornego usypiania. W ostatnim tygodniu nawet, do tej pory niezawodny, magiczny cycuś stracił swoją moc, a wraz z nim chyba resztki naszej nadziei na to, że w najbliższym czasie odkryjemy sekret spokojnego snu naszego dziecka.

Kończę stwierdzając zapewne to, co stwierdziła przed mną już pewnie niejedna matka – że tak jak nie ma dwóch takich samych dzieci, tak nie istnieje jeden, uniwersalny sposób na to, by coś dla nas tak oczywistego jak sen, stało się również taką oczywistością dla naszych pociech.

IMG_1348

 

(Visited 51 times, 1 visits today)

You Might Also Like