Skóra gładka jak u niemowlaka, czyli jaka?

Z perspektywy 10 miesięcy, muszę przyznać, że wiele przysłów i innych oczywistości, które kojarzą nam się z małymi dziećmi, okazało się zupełnie nie sprawdzać w przypadku mojej małej Fruzi. Jak już zdążyłam się Wam wyżalić, wbrew powszechnej opinii, moje dziecko w głębokim poważaniu ma spanie i nie ma bladego pojęcia do czego służy smoczek. Kciuka nie ssie, nie zaobserwowałam potoków śliny towarzyszących ząbkowaniu, jednym słowem gdzie można, tam robi na przekór.

Jednym z trudniejszych, przekornych wyzwań, jakie zafundowało nam nasze dziecko, były skórne przypadłości. W 6 tygodniu życia, gdy Młoda przypominała bardziej jednego wielkiego strupa niż ślicznego, różowego niemowlaka, naprawdę zastanawiałam się skąd to idiotyczne porównanie. Jak się okazuje, problemy skórne u dzieci, to bardzo częsta przypadłość.

Nasz strup zaczął się bardzo niewinnie. Po pewnym spacerku, zauważyłam  u Madzi kilka krostek na buzi – na policzku, przy uszku, nad jedną brwią. Jako, że mogłam je spokojnie policzyć, wymyśliłam, że to przecież muszą być potówki. Pewnie przegrzałam Młodą wychodząc na spacer – ot, nie ma się czym przejmować. I w zasadzie się nie przejmowałam, tylko z lekkim niepokojem patrzyłam, jak z dnia na dzień, coś tych nieproszonych gości na buzi mojego dziecka przybywa.

Jako, że terminy do pediatry nie takie znowu bliskie, standardowo, jak zapewne robi co druga matka, postanowiłam najpierw zapytać dr Googla o rodzaje wysypek u niemowlaków. Po potówkach następny w kolejności był trądzik niemowlęcy.  W danym momencie idealnie wpisywał się w to, co obserwowałam u mojego dziecka na buzi. A że lekarstwem miała być cierpliwość, czekałam dalej. W między czasie przemywałam Madzi skórę czystą, przegotowaną wodą i od czasu do czasu smarowałam delikatnym kremem Oilatum baby. Na wizycie pani pediatra z jednej z prywatnych placówek opieki medycznej w Warszawie, potwierdziła, że to najpewniej to, a ja dumna, że właściwie nie powiedziała mi nic, czego już bym sama nie wiedziała, wróciłam do domu z nastawieniem „czekać”.

Niestety, po dwóch tygodniach nastąpiło apogeum. Cała głowa Madzi, łącznie z uszami, szyja i ramiona były pokryte tym niewiadomego pochodzenia paskudztwem. Wtedy się przeraziłam i czym prędzej poszłam do osiedlowej przychodni. Na wizycie Pani pediatra rozłożyła ręce. Na trądzik niemowlęcy było to zbyt intensywne, podejrzenia padło na kolejne, częste i uciążliwe schorzenie – łojotokowe zapalenie skóry. Od Pani doktor wyszliśmy ze skierowaniem do dermatologa.

O ile pediatra jest w Warszawie mniej czy bardziej osiągalny, dermatolog, a zwłaszcza dziecięcy, to już zupełnie inna bajka. Czekając na wizytę, dalej bacznie obserwowałam skórę swojego dziecka, nie stosowałam żadnych specjalnych specyfików, tylko nawilżałam, bo całość zaczęła wysychać, a bałam się, że będzie to nieprzyjemne, swędzące doświadczenie dla mojego dziecka. Zanim dotarliśmy w końcu do dermatologa, na buzi Madzi zostało znowu zaledwie kilka krostek, na podstawie których, Pani doktor nie chciała wysnuwać żadnych wniosków. Równie dobrze mogliśmy zaoszczędzić czas i zostać w domu. Metoda na przeczekanie w tym przypadku się sprawdziła, ale co nam napędziła stracha, to nasze.

Po tej przygodzie, mieliśmy spokój na jakieś pół roku. Zrobiło się lato, gorąco, upalnie a na dodatek, zaczęłam powoli rozszerzać dietę swojego dziecka. Była to homeopatyczna dawka glutenu, jakaś marchewka, czasem z ziemniaczkiem. Wtedy na rączkach naszego dziecko zaczęły pojawiać się małe, czerwone placki, z czasem łączące się w większe skupiska, które w połączeniu z temperaturą często były zaczerwienione i suche. Również w tym przypadku, podeszłam do tematu z dystansem, powoli, licząc na to, że przejdzie. Chwilowo wstrzymałam wprowadzanie pokarmów, żeby mieć pewność, że to nie wynik czegoś, co Młoda zjadła, ale poprawy nie zauważyłam.

Nauczona doświadczeniem, poszłam ponownie prywatnie do pediatry, ale właściwie jedynie po to, by dostać od razu skierowanie do dermatologa, oczywiście również prywatnie. Ze skierowaniem, znaleziono dla nas wolny termin za 4 dni. Postanowiłam nie stosować się do zaleceń, które zafundowała nam pani pediatra, dopóki nie zobaczymy się z dermatologiem, jak się okazało bardzo słusznie. Pani pediatra zasugerowała nam kąpiele w nadmanganianie potasu i smarowanie zmian maścią z hydrokortyzonem. O ile same kąpiele, zaszkodzić nie mogły, tak do tej maści nie czułam się przekonana, zwłaszcza, że to dosyć mocny środek, którego, o ile nie będzie to stanowczo koniecznie, wolałam nie stosować.

W prywatnej przychodni na drugim końcu Warszawy, trafiliśmy na przecudowną Panią dermatolog, pracującą również w Centrum Zdrowia Dziecka na oddziale dermatologii. Od razu rozpoznała u naszej Madzi łagodną postać łojotokowego zapalenia skóry, i powiedziała nam jak odpowiednio pielęgnować dziecko. Zasugerowała też, że rzeczywiście w tym 6 tygodniu, mieliśmy najpewniej przygodę z zaostrzoną wersją tejże przypadłości.

O ile diagnoza była dla nas poniekąd straszna, Pani doktor uświadomiła nam, jak częsta to jest przypadłość, że zasadniczo nie można jej zapobiec, można tylko odpowiednio pielęgnować dziecko i dbać by się nie przegrzewało, bo wysokie temperatury nasilają objawy. Z łagodnej wersji tejże przypadłości dzieci po prostu wyrastają.

Co Wam mogę polecić? Kilka podstawowych kosmetyków, które bardzo ułatwiają nam codzienną pielęgnacje dziecka. Zgodnie z zaleceniem odstawiliśmy wszystkie emolienty (bo u niektórych dzieci mogą zatykać jeszcze nie do końca wykształcone ujścia łojowe), i zaczęliśmy kąpać dziecku w samej wodzie, stosując najzwyklejsze mydełko dla dzieci. Do pielęgnacji skóry po kąpieli stosujemy balsam Cetaphil MD, który nawilża, ale nie natłuszcza skóry dziecka (stosujemy w zależności od potrzeby, nie codziennie), a na wypadek nowych zmian, jakiś wyprysków, latem ugryzień komarów i innych tym podobnych, korzystamy z magicznego środka jakim jest Tanno-Hermal Lotio. Taki zestaw, plus krem Bepanthen do pupy, sprawdza nam się fantastycznie, i na tą chwilę, żadne zmiany skórne nie są nam straszne!!!

20141121_120506515_iOS

(Visited 389 times, 1 visits today)

You Might Also Like

  • Magdalena Sokolowska

    Czytam ten wpis i doslownie wszystko nam sie teraz zdarza! Jako, ze jeszcze nie dostalam sie do dermatologa a maly wyglada strasznie sama zaczelam smarowac go tanno hermal… on oczywiscie wierzgając sie wyciera połowe ale moze druga połowa cos pomoze. Wysypalo go 2tyg temu. Ile utrzymywalo sie u twojej corci?

    • Magda, powinnam napisać, że się cieszę, ale wcale nie. Pamiętam te przejścia ze skórą dziecka i to nic fajnego. Ale pocieszę Cię o tyle, że faktycznie przeszło bez najmniejszego śladu. Gorzej, że trwało to chyba jednak tak w całości od pierwszych krostek po powrót do kompletnie gładkiej skóry około 1,5 miesiąca. I nie ma śladu, nic nic. Zawsze warto iść do lekarza, po każdy przypadek jest inny, ale jednak ze spokojem.