Sen dziecka. Czemu nie warto odpuszczać?

Gdy pojawia się dziecko, bardzo dużo mówi się o jego śnie. Zresztą, jak może być inaczej, skoro to również jedno z najczęściej zadawanych młodym rodzicom pytań. Pytanie to o tyle jest nie bezpodstawne, gdyż właśnie z tym snem dziecka, to nigdy nic nie wiadomo. A te takie cudowne, śpiące maluchy, spotkać można raczej na obrazkach niż w prawdziwym życiu.

sen dziecka czemu nie warto odpuszczac

Temat snu z Dianą przerobiłyśmy na prawo i lewo. Każda w swoim wydaniu. Każda w swoim stylu. O ile jeszcze jakieś pół roku temu skłonna bym była przystać na to, że to taki etap w życiu, że to niespanie to przecież okres przejściowy i trzeba po prostu zacisnąć zęby i go przetrwać, tak dziś mówię temu stanowcze nie. Wyczerpana szarpanymi nocami, przerywanymi krzykiem, noszeniem i usypianiem przy piersi, miałam w którymś momencie już dość. To było takie dość, które się zbiera w czasie, kumuluje i rośnie by w końcu wybuchnąć. Oboje z Tatą Młodych stwierdziliśmy, że nie możemy tak dalej, bo zbyt mocno odbija się to na życiu całej rodziny.

Co takiego się więc zadziało?

Gdy po raz pierwszy usłyszałam od koleżanki o kimś takim jak trener snu, byłam więcej niż sceptycznie nastawiona do całego konceptu. Nie mogłam wręcz pojąć, że jak to można komuś płacić za to, żeby nauczył moje dziecko spać. Przecież to ja mam je najlepiej znać i wiedzieć co i jak. Byłam też oczywiście nafaszerowana nośnymi przecież bardzo hasłami, że dziecko jest małe i ma prawo się budzić. To, że jestem niewyspana jest normalne na tym etapie i już. I że w ogóle to wydziwiam. I w tym też tonie o tymże fachu pomyślałam. Nie ma to jak zbijać kasę na nieśpiących rodzicach. Phi… poradzę sobie sama.

Na tapetę w związku z tym wzięłam w pierwszej kolejności ówczesną nowość na rynku wydawniczym, „Księgę Snu” Searsów. Bardzo zagorzale przysiadłam do lektury licząc na to, że uzdrowi nasze spanie a jednocześnie nie będzie zbyt mocno przegięta w stronę całego rodzicielstwa bliskości. W ostateczności, byłam gotowa przymknąć oko na te co poniektóre fragmenty książki.

Niestety książka na niewiele się zdała. Znaczy z pewnością poszerzyłam swoją wiedzę na temat fizjologi snu i tego jak dzieci śpią, nie znalazłam tam jednak rozwiązań, na jakie czekałam. I choć one niby są, metody wręcz w tabelkach podane, to nadal, ten tekst nie mówi dokładnie co i jak. Nie tłumaczy dlaczego moje dziecko krzyczy przez pół nocy, czemu budzi się non stop i nie sposób go uspokoić. A to tego było mi najbardziej brak. Odpowiedzi na pytanie czemu jest właśnie tak. Odpowiedzi w związku z tym, szukałam dalej.

Męczyliśmy się tym samym nadal niemiłosiernie. Aż się poddaliśmy. Wróciłam do mojej koleżanki, prosząc o ten magiczny namiar. Czemu magiczny? Bo nauczył jej syna w przeciągu dwóch tygodni samodzielnie spać i przesypiać noc. I tak trafiliśmy właśnie na DobraNockę.

Bardzo mocne postanowienie podjęliśmy na początku czerwca, że tak po prostu dalej być nie może. Już wtedy obstawialiśmy, że to niespanie, to jednak są efekty pewnych przyzwyczajeń, na które pozwoliliśmy sami, czyli dokładnie tak jak powtarzają nasze babcie „nie noś tyle, bo przyzwyczaisz”. A przecież tyle się mówi, że dziecka nie można do czegoś przyzwyczaić. Jednak jeśli chodzi o nawyki związane ze snem to niestety… jak najbardziej można. I my właśnie spijaliśmy tego śmietankę.

Ale mądrzyć, to ja teraz się mogę, bo swoje przetrwałam. I choć do części wniosków gdzieś połowicznie doszłam sama, tak webinar prowadzony właśnie przez DobraNockę na temat snu dziecka, wyklarował nam cały obraz sytuacji, w której jesteśmy.

DobraNocka pomaga rodzicom w różnoraki sposób. Ta moja znajoma, skorzystała z najbardziej wypasionej opcji pomocy w okiełznaniu tematu snu dziecka, czyli czynnej, dwutygodniowej, wspólnej przeprawie przez naukę spania dziecka. My jednak, po części ze względu na koszty, ale również na sytuację z chwilowym ograniczeniem czasowych możliwości prowadzącej, postanowiliśmy brać co było możliwie najszybsze, czyli 6 godzinny warsztat online z rodzicami. Poszliśmy w to już bez dłuższego zastanowienia.

Dziś, już po paru przespanych przez Młodszą Młodą nocach (od dwudziestej do szóstej rano) muszę powiedzieć, że było to jedno z lepiej wydanych 180 złotych w moim życiu. I choć w ujęciu ogólnym, w całej tej opowieści o śnie, nie ma nic odkrywczego, to mimo to, właśnie tam dostajemy wręcz instrukcję jak podchodzić nie do trenowania dzieci, ale do tego, by nauczyć je spania. Bo choć wydaje się to tak naturalne, to mimo wszystko, trzeba je uczyć spać.

sen dziecka czemu nie warto odpuszczac

Założę się, że wśród Was są też osoby, które ratują się tak jak i my się ratowaliśmy. Jeśli chodzi o sen i perspektywę złapania choć kilku minut ze zmrużonym okiem potrafimy wiele i w grę, poza piersią oczywiście, wchodzą smoczki, butle, bujanie, noszenie, tańczenie, wyciągi i wiele, wiele innych pułapek, które sami na siebie w dłuższej perspektywie zasadzamy. A skrajnie niewyspany i zmęczony rodzic nie ma szans na bycie takim rodzicem jakim by chciał. Więc nie czekajcie. Spróbujcie coś z tym zrobić. Czy to warsztat z DobraNocką czy nie, obojętne, ale doświadczamy tego teraz na własnej skórze, że naprawdę… może być lepiej!

W ogóle ja byłam zachwycona podejściem Agnieszki, która jest założycielką DobraNocki do tematu i tym co mówi. Widzicie, padło tam oczywiście pytanie o to, jak ma się nauka samodzielnego zasypiania do rodzicielstwa bliskości? I wiecie jaka była odpowiedź? Że się nie ma. Ale czy niewyspany rodzic jest bliskim rodzicem? Czy niewyspany rodzic ma siłę i cierpliwość by z pełnym zaangażowaniem towarzyszyć dziecku na co dzień. Dzięki Ci Aga za słowa, że rodzic ma równie duże prawo do snu jak i dziecko, bo mam wrażenie, że nie jest to zbyt popularne sformułowanie.

Więc jeśli męczycie się jak ja, to wiecie co warto zrobić. Bo żeby prawdziwym było powiedzenie, że szczęśliwy rodzic to szczęśliwe dziecko, najpierw ten rodzic musi również być wyspany! Mówię Wam ja, od paru nocy w końcu śpiąca, od razu inaczej patrząca na świat… ja 😀

(Visited 1 978 times, 1 visits today)

You Might Also Like

  • Anna Błach

    Przykro mi było to czytać. Zarówno z tej strony,

    • Ania, nie musi być Ci przykro, z dwóch bardzo konkretnych przyczyn. Ja nie dyskredytuje rodzicielstwa bliskości w całości. Ale jak każdy nurt, ma on totalnych fanów, umiarkowanych zwolenników i przeciwników. Ja wierzę w bliskość relacji z dzieckiem, ale nie biorę całej tej teorii na sztywno dla siebie. Bo po prostu, to nie zawsze jestem ja… co w żaden sposób nie umniejsza mojej relacji z dziećmi. Tak samo, jak nie jestem totalnie eko, kupuje słoiki, nie używam wielorazowych pieluch etc. Także to ten jeden aspekt. A drugi…. nie interesowałam się co do kłamstw, kortyzoli itp, głównie dlatego, że chyba jedną rzecz postrzegasz błędnie… żadna z technik proponowanych przez Dobranockę nie zakłada ani wypłakiwania się, ani ignorowania płaczu dziecka, ani bycie niewzruszonym na jego potrzeby. I to szczerze mówiąc właśnie to jest super, bo pokazuje jak to robić, krok po małym kroczku. Gdybyś słyszała jak nasza Młodsza Młoda się darła po nocach… a my kompletnie nie wiedzieliśmy co robić! Gdy właśnie te wszystkie mądrości rodzicielstwa bliskości nic nie dawały? Bo nie śpi ani z nami, ani w łóżeczku, ani na rękach tylko drze tę dwoją małą mordkę…. A w żadnym z etapów tutaj, takiego płaczu nie ma. Ale jest nauka o tym, że niektóre dzieci jak już się złoszczą, to np nie lubią wcale dotyku, bo to je jeszcze bardziej rozkręca. Niektóre lepiej reagują na głos i uspokajanie niż podnoszenie. Do innych znowu nie ma co mówić, a właśnie podejść i głaskać po główce czy brzuszku. Cieżko mi tu pisać, bo bym musiała wszystko co się sama dowiedziałam właściwie streścić. Ale właśnie nie, o to chodzi, że nie ma tu powodów do przykrości…. żadnych. A Młoda nam się ostatnio budzi zamiast z rykiem to uśmiechem na tej swojej buzi. I to jest ogromna zmiana.

      • Anna Błach

        Przykro nie było mi z musu, tak odczuwałam 😉

        Rodzicielstwo bliskości nie jest „całą tą teorią na sztywno”, tylko właśnie zakłada elastyczność, dopasowywanie się do dziecka. Tak w ogóle, do rodzicielstwa bliskości nie jest potrzebna żadna teoria, tylko działanie zgodnie z instynktem, który jest znacznie zaburzony przez życie w cywilizacji. DobraNocka pisze, że stosuje „łagodniejsze” metody niż „cry it out” oraz kłamie co do rzekomego braku szkodliwości „cry it out”.
        OK, jestem w stanie zrozumieć, że dziecko może nie chcieć być dotykane w złości, ale czy do tego trzeba szkolenia, nauki? Czy to nie jest właśnie zatarty przez świat zewnętrzny oraz mądrości w stylu „nie noś, bo się przyzwyczai” instynkt rodzicielski?

        Czytałaś Tracy Hogg, mówisz, że niezbyt pamiętasz. Szkoda, bo możnaby porównać. Ja miałam wrażenie, czytając, co pisze o sobie DobraNocka, że jest duże podobieństwo miedzy ich metodami. W ciąży czytałam T.Hogg i wydało mi się to super ekstra, a dopiero życie zweryfikowało, jakie to jest okrutne. Bo oczywiście Tracy Hogg to żadne cry it out, nie nie – podobnie jak DN. Tylko „małe kroczki”, o których piszesz. Czyli przykładowo: usypia się dziecko na rękach, bo w ten sposób akurat potrafi, odkłada się je do łóżeczka, dziecko w ryk, więc odczekując chwilę się je z powrotem wyjmuje (żeby się przecież nie wypłakiwało), uspakaja, usypia na rękach, po czym ponownie odkłada, dziecko się znowu budzi z płaczem, więc ponownie się je wyciąga i odkłada i tak w kółko, do skutku. A skutek jest u niektórych dzieci już w pierwszą noc, gdy przerwy między wyciąganiem z łóżeczka stopniowo się wydłużają, a tym bardziej opornym na tresurę „zaklinaczki dzieci” potrzeba nawet dwóch tygodni. U Tracy Hogg zwiodło mnie jej milusie wypowiadanie się o bobaskach, o szacunku dla nich, że jak treserka przychodzi do zrozpaczonych rodziców, to się wita z dzieckiem i gratuluje, no i w ogóle miód z lukrem. Gdy postanowiłam spróbować jej metody, pękało mi serce i wiedziałam, że ciągłe odkładanie dziecka do łóżeczka, jest totalnie niezgodne z moim instynktem. I nie potrzebowałam tego przeczytać w żadnej książce ani na webinarium, nie dlatego, że jestem taka mądra, tylko dlatego, że to się CZUJE. I jak widać, moje czucie też zostało zaburzone. Widziałam cierpienie płaczącego dziecka – o tym płaczu DobraNocka (i Tracy Hogg) piszą, że to „niepokój przed zmianami”. Tak więc o obu Pań płacz jest, wpisuje się w metodę, bo to przecież tylko opór dziecka, który trzeba złamać, zmienić. Tylko w „łagodniejszej” formie.

  • Aleksandra Maty

    Hmmm trudny temat…a jak to sie ma do Jezyka Niemowlat? Czytalas Monika?…bo brzmi troche jak polska Tracy Hogg szyta na miare:) zalujecie,ze dopiero teraz skorzystaliscie? Odrzuciliscie tez smoczek?

    • Wiesz, jak wspominasz Tracy, którą czytałam wieki temu… to faktycznie tutaj byłyby większe korelacje, między tym co mówiła DobraNocka i tym, co on pisała. U Tracy wtedy chyba się dużo bardziej skupiałam na kwestiach związanych z karmieniem… a tu proszę, ten rytm okołodobowy, okresy czuwania i aktywnej aktywności są równie, jak nie bardziej ważne, jak chodzi o przyszłe spanie…. Smoczka bardzo chciałam, ale ani jedna z moich córek go nie akceptowała. A próbowałam…. oj tylko ja wiem ile próbowałam 😀 Ja żałuje, że tak długo nie wierzyłam tej mojej znajomej. Nawet nie w kwestii samego spania, ale też normowania całego dnia, jedzenia, spania. Tych korelacji. Też… fajnie było posłuchać i widzieć żywego człowieka, który odpowiada na pytania. Jak widzisz Tracy czytałam… a jednak mi gdzieś jej mądrości uciekły…