Rozstanie z dzieckiem moją zmorą. Zwariowałam?

Miałam pisać o czymś innym, kilka tematów wisi mi w powietrzu i nad głową niczym chmura gradowa ale wczorajszy dzień uzmysłowił mi coś i siłą mojej natury osobistej, zachciało mi się o tym napisać.

Wielkimi krokami zbliża się moment, w którym przyjdzie mi rozstać się z moim dzieciem na dłużej w ciągu dnia. Cóż, takie prawo świata i rynku i chociaż chciałabym móc się z niego wyłamać, tak na razie pozostaje to w sferze marzeń. Pierwsze kroki ku temu zostały już poczynione, odwrotu nie ma, teraz tylko zacisnąć kciuki i wierzyć, że jeszcze poukłada się to wszystko wg mojego widzimisię. Pomarzyć, w każdym razie, można.

I tutaj pojawia się mój wewnętrzny problem. Totalne rozdwojenie jaźni i osobowości. Bowiem, że chcę wrócić do pracy, ale nie chcę. Chcę uciec od całodniowego siedzenia w domu ale nie chcę. Chcę wyjść i wrócić do ludzi, ale nie chcę. Ta ciągła walka myśli męczy mnie okrutnie i pociesza jedynie fakt, że nie ja jedna przez to przechodzę ale nadal jest to dla mnie cholernie trudne.

Wstydliwe wyznanie numer 1: pierwsze zdanie sobie sprawy przeze mnie, że czas ruszyć z tym do przodu, przypłaciłam szlochem wielkim i krokodylimi łzami. Bo kosmosem totalnym wydaje mi się (nadal!) zostawienie dziecka z obcą babą (wszystkie nianie, przedszkolanki i opiekunki z góry przepraszam, ja naprawdę nie mam nic złego na myśli i nie myślę tak naprawdę o Was tak bardzo  źle) i bycie z córą tylko przez te kilka marnych godzin w ciągu dnia.

Przeboleć nie mogę myśli, że ominie mnie tyle pierwszych czynności, które załapie pod moją nieobecność, a których teraz z każdym dniem przybywa. I jestem wręcz zafascynowana tym, jak moje dziecko rośnie i staje się coraz bardziej i bardziej rozumne, mądrzejsze, sprytniejsze, fajniejsze.

Fajniejsze jest tu słowem kluczowym, bo Mia przestaje być już małorozumkowym człowieczkiem. Pokazuje charakter, doskonale zaczyna zdawać sobie sprawę z tego czego chce, ile chce i jak chce. Ma swoje ulubione pory dnia (i nocy, niestety), bajki, piosenki, przysmaki i zabawki. Żywiołowo tańczy i biega i zaczepia, śląc przy tym jeden z jej miliona radosnych uśmiechów. Czas, który spędzamy wspólnie jest radosny i w ciągłym, nieustannym ruchu, pomijając te dni z fochem i ogólnie kiepskim samopoczuciem.

Wstydliwe wyznanie numer 2: uwielbiam spędzać czas ze swoim dzieckiem. Tak, wiem. Kiedyś pisałam, że miewam dosyć, że czekam z utęsknieniem na powrót Osobistego Połówka aż ją przejmie, ale to ulega zmianie. Pewnie, że nadal są dni, kiedy padam z nóg i Mia uczepiona nogi jak rzep, nie pozwala mi zrobić w domu i ze sobą kompletnie NIC. Na szczęście są one sporadyczne, a w inne jakoś daję radę okiełznać ten mały-wielki żywioł.

Wczoraj miałam umówione spotkanie, jedne z tych pilnych i biznesowych i niecnie wykorzystałam wakacjujących u nas dziadków, by przejęli Mię na czas mojej nieobecności. I tu umieszczę wstydliwe wyznanie numer 3: tęskniłam z Małą bardzo. Żeby nie było, że już do końca oszalałam spieszę z wyjaśnieniem, że cieszyłam się jak prosię w deszcz z wyjścia w miasto i że nie będę musiała przez ten czas mieć oczu, uszu i rąk dookoła głowy, szyi i tułowia. Ale kiedy załatwiłam już co miałam załatwić, leciałam do domu jak na skrzydłach. I tutaj nastąpił mały dyskurs – prawdopodobnym jest, że ja-matka stęskniłam się bardziej za córą, niż córa za mną. Zabolało bardzo, serce pękło w pół.

I nagle niczym obuchem w głowę: zdałam sobie sprawę, że nadszedł ten oto czas. Chwila, w której moje dziecię przyzwyczaja się do kogoś, czyjejś częstej obecności, jak dziadków i ciotki w tym przypadku, a moja nieobecność zostaje zaakceptowana. I trwa to,  dopóki nie staję w drzwiach i Mia nie zdaje sobie sprawy nagle „Halo, no właśnie, gdzie Ty byłaś?!”, to jest OK. Zabawiana przez innych, wytrzymuje ten czas naprawdę nieżle.

I tutaj pojawia się to, o czym wspominałam na początku. To moje rozdwojenie, bo ostatnią rzeczą jaką chcę dla Mii, jest osaczenie jej moją osobą i nadopiekuńczością. Ale będąc ze sobą tak blisko każdego dnia, siłą rzeczy jesteśmy do siebie niesamowicie przywiązane. Świata poza sobą nie widzimy i możecie uznać mnie za wariatkę, ale ja uwielbiam moje dziecko i najchętniej zabierałabym ją wszędzie ze sobą. Traktuję ją jak równą sobie, a ona to czuje. Gdyby tylko pozwalał na to jej wiek i gdybym miała pewność, że nagle nie urządzi mi sceny sfoszonej dzieciny na środku ulicy/chodnika/sklepu/przejścia, to towarzyszyłaby mi tam, gdzie tylko mogłabym ją przy sobie mieć.

Nie jest tajemnicą, że ja i Monika różnimy się jak dzień i noc, i z wyglądu i z charakteru. I tutaj, w tym temacie, a to Ci niespodzianka!, jesteśmy niczym niebo i ziemia. Monika bez problemu zostawia Madzię z dziadkami, ciociami i wychodzi korzystać z wieczoru. Ja od zawsze mam ten problem, tkwi gdzieś głęboko w mojej głowie i naprawdę nie jest łatwo się tego pozbyć. Mając tutaj tylko siebie, nasze relacje są tak mocne, że ciężej przychodzi nam coś takiego jak rozstanie.

Cieszę się, że Mia coraz łatwiej oswaja się z obecnością innych. Jest to jak miód na moje zbolałe serce, bo może zostawienie jej z opiekunką czy w żłobku nie okaże się dla nas obu tak traumatyczne i koszmarne, jak widziałam to do dzisiaj. Ale nie jestem naiwna. Znam siebie i wiem, że całą tą nową sytuację odchoruję. Przepłaczę, stres mnie zje od środka i nie prześpię kilku nocy, a tęsknota za dzieckiem doprowadzi do suchości serca.

Ale dziecko musi nauczyć się samodzielności, a ja muszę dać jej dobry przykład. Ostatnio przeczytałam, że

„(…) posiadanie pracującej matki ma szczególny wpływ przede wszystkim na córki. Większy procent z nich będzie pracować, obejmie stanowiska menedżerskie i będzie miało wyższe zarobki niż kobiety, których matki nie pracowały, gdy córki były małe”.

Całość cytowanego artykułu możecie przeczytać na stronie Wysokich Obcasów.

I cóż, rzeczywistość ściąga mi z oczu różowe okulary, puka uporczywie do drzwi. Pozostaje mi trzymać się tych małych promyków nadziei i wierzyć w badania przeprowadzone przez Międzynarodową Sondę Społeczną.

Też tak macie, czy tylko ja jestem na rozdrożu i w wiecznej wewnętrznej walce?

 

 

(Visited 179 times, 1 visits today)

You Might Also Like

  • dv

    Tak, bardzo podobnie. Zwłaszcza „chcę i nie chcę” jednocześnie. Gdy muszę wyjść bez dziecka i zostawić z babcią godzinę czy dwie, najpierw nie mogę się doczekać, kiedy babcia wreszcie przyjdzie zająć się młodym, a potem, gdy już wyjdę, tęsknię i cieszę się z powrotu. Gdy wyganiam tatę na spacer, biegam dziko po domu sprzątając, powracający mężczyźni zastają mnie umeczoną i stesknioną.
    Natomiast moim apogeum wstydliwej schizy bywają noce, gdy leżę nie mogąc zasnąć i myślę sobie po cichu, że fajnie, gdyby się dziecko obudziło, bo wtedy pójdę je przytulić. Ale gdy już leżymy i śpimy razem (zaczynamy noce oddzielnie, kończymy razem), to się denerwuję, że przewracajac się po łóżku, obudzę dziecko. Chore, nie ? 😉

    • Ja tam doskonale Cię rozumiem! A wstydliwą schizę przyjmuję niemal jak swoją 😉 chociaż nie pogardziłabym choć jedną, w całości przespaną nocą 😉
      A kiedy budzi się rano.. no uwielbiam ten jej wzrok i uśmiech na mój widok, chociaż bywa że padam z niewyspania 😉

  • Co tu komentować. Dziękuję za napisanie tekstu o mnie 😉

    • Ależ proszzzzz Ciem bardzo! Normalnie „miut” na me serce, że jest nas więcej 😉 bo istniały we mnie obawy, że tylko ja jedna jakaś taka rozdwojona w tym wszystkim 😉

  • eeee no przesadzacie, to nie jest aż takie złe. Grunt to pozytywne myślenie i nie rozkminianie wszystko na zasadzie „co mnie ominie, co stracę” ZAWSZE tak będzie nawet jak dziecko będzie mieć 18 lat. A co do nocnej schizy to spijcie i dajcie szalone spać dziecku. Dziecku brak obecności pracującej mamy też dobrze robi, a taka mama zazwyczaj się bardziej spełniona jako kobieta i przez to jest lepszą mamą i daje dobry przykład, że kobieta musi na siebie zarabiać sama 🙂

    • Ależ ja to wszystko wiem i czytałam milion wpisów blogowych i pracujących mam na ten temat 😉 ale niestety, nie zmienia to obecnego mojego stanu umysłu oraz nie pomaga. Pozytywne myślenie mam zakorzenione, podobnie jak rozkminianie, niestetyż. Co komplikuje sprawę i stąd moje rozchwianie w obie strony.

      U mnie nie ma białe i czarne, mam szarość i staram się to wewnętrznie jakoś ogarnąć. I zazdroszczę, nie ukrywam, podejścia Twojego czy Moniki. Byłoby mi wtedy sto razy łatwiej 🙂

      A spać to ja chcę, bardzo chętnie, wytłumacz to jeszcze mojej córce 😉

      • No to rozkmininie to koszmarna cecha, też ją mam 😀 Wtedy Mój mi mówi „baby to chuje” 😀 i przestaje kminić i staram się myśleć jak facet 🙂
        Zdaje sobie sprawę, że z takim „wyrodnym” podejściem jest łatwiej, ostatnio ono baaardzo się zliberalizowało i nie jest mi tak łatwo kiedy byłam wyrodna do szpiku kości 😉
        Z drugiej strony przy tym „bez pamiętnie zakochanym” podejściu chyba całe macierzyństwo jest łatwiejsze, łatwiej, naturalniej przyjmujesz to złe i trudne co przynosi rola rodzica.

        cytat męża dotyczy postu (BARDZO POLECAM) http://szalonooka.pl/baby-to-sa-chuje/

    • Przeczytałam, hahahaha. Sama prawda.

      Czy „bezpamiętne zakochanie” pomaga w czymś? Hmmm… nie wiem, ciężko mi to stwierdzić, bo ja mam podejście: budzi się w nocy? OK., tak ma i już. Tutaj nie kminię i nie szukam, bo widzę, że dziecię zdrowe i radosne. Z kolei Osobisty doszukiwał sie przyczyn i co robił? Kminił w czym problem 😉

      Czyli wiesz, mam na zasadzie – wszystko co sie u niej dzieje jest nowe, przejściowe, zmieni się i kiedyś będzie normalnie i jak trzeba 😉 Ale fakt, łatwiej mi znosić jej humory i płacze, bo mam w sobie całe pokłady empatii wobec niej. Nie mówiąc już o tym, że staram się ją głównie traktować jak ludzia, a nie dziecia w każdej możliwej dziedzinie życia, więc rozmawiam i milion razy tłumaczę i opowiadam . I serio, widze tego efekty, więc ma to sens i daje rade.

      A skoro Twoja „wyrodność” się zliberalizowała, to za sprawą czego? 😉

      • z tym „bezgranicznym zakochaniem” to ja miałam bardzo długo (i w sumie nadal mam) takie wrażenie, że wtedy właśnie te wyzwania łatwiej się pokonuje. Wiesz, że np. nocne wstawanie to etap, jesteś nadal koszmarnie zmęczona, ale widzisz światełko na końcu tunelu. No i nie raz jest tak, że dziewczyny właśnie mówią, że uśmiech im wiele (wszystko) wynagradza a czas, że aż mają ochotę obudzić dziecko, aby ten uśmiech zobaczyć. Bardzo fajnie to kiedyś opisała Mr Polka Dot w poście : SZCZEROZŁOTA(wybacz , że tak spamuje, ale to temat rzeka i musiałabym ci tu esej zapodać), ja właśnie byłam tą matką krytyczną.Bycie mamą to nie był dla mnie ochy i achy. Jak się urodziła Chibi to jedyne na czym potrafiłam się skupić to koszmarny ból po nacięciu, potem zmęczenie. Przyszedł baby blues i kto wie czy nie depresja. Wiedziałam co robić muszę, jak się zachowywać powinnam, co powinnam mówić, ale to nie było szczere. Nie czułam potrzeby noszenia, całowania, przytulania i okazywania uczuć.Z czasem byłam bardziej wylewna, ale nadal bardzo krytyczna i nie czułam, że chce (tak szczerze i prosto z serducha powiedzieć) „kocham cię”. Los chyba nad mną czuwał, bo moja Chibi to była (jest) złote dziecko. Tylko ja nawalałam. Marzyłam tylko o tym, aby się wyrwać z domu, aby było jak dawniej, moje życie, praca, moje ciało. Co się stało, co zmieniło? Nie wiem. Ponoć czasem miłości trzeba się nauczyć. Może się nauczyłam? Nie wiem. Daleka jestem od deklaracji typu „wskoczyłabym w ogień” „jak ktoś skrzywdzi zabije”, czy „budziłabym ją, aby zobaczyć jak się śmieje”. Jednak teraz szczerze mówię „kocham” tule i pierdze w ten mały brzuszek. Teraz też znalazłam balans w życiu, jako rodzic, kobieta. W pracy i w zajmowaniu się domem. A może to właśnie powrót do pracy spowodował, że spojrzałam na życie z perspektywy? Nie wiem. Ale wiem, że z tym moim gnomem stanowimy teraz niezły zespół, sklejony jak guma acz nadal jesteśmy też osobno 😉 (np. teraz jedziemy z moim Mężem sami na wakacje).raczej nigdy nie będę gotowa składać tych bezgranicznych deklaracji, ale moje serce wypełnia teraz miłość i dzięki temu też widzę, że jestem o wiele bardziej cierpliwą i wytrwalej znoszę fochy 2 latki.

    • Nie nie, motyw chcenia budzenia dziecia nigdy nie miał u mnie miejsca. Mała od początku była ze spaniem na bakier i był to produkt limitowany, więc każda minuta snu była (i nadal jest, bo wciąż się budzi) dla mnie nazbyt cenna, by ją tracić. Przyznaję za to, że kiedy padałam (chociażby z tego niekończącego się niewyspania) na twarz, jej uśmiech i radosny szczebiot rozmiękczał mnie i jakoś dodawał tych sił, które bywały na totalnym wyczerpaniu. Coś w tym jest.

      Wiesz, kilka razy przeczytałam, co napisałaś i rozumiem, czemu niektórym mamom tak ciężko sie dogadać i zrozumieć jedna drugą. Nasze początki były tak całkowicie i zupełnie różne.

      Miałam ciężki poród i przy skurczach tylko powtarzałam sobie cały czas „zaraz będzie po wszystkim, zaraz się zobaczymy”, jak mantrę. Jakoś świadomość tego, że to tak samo trudne jest dla mnie jak i dla niej powodowała, że tym bardziej chciałam ją już zobaczyć i mieć już po drugiej stronie brzucha. Po cesarce byłam bardzo obolała ale tak sobie myślę, że ten strach o Małą spowodował to, że z taką radością i miłością ją później tuliłam, kiedy było już wiadomo, że jest wszystko OK.

      Ja staram się kochać mądrze, usilnie walczę z nadopiekuńczością i zaborczością. Przyznałam się już tu na blogu, że byłam na początku matką kwoką ale chyba każda mama ma wpisane w życiorys, że przechodzi przez jakiś etap. Fajnie mieć wtedy przy sobie mądrych i życzliwych ludzi, którzy nie tyle dają „złote rady”, co służą wysłuchaniem i potrafią naprowadzić na właściwe tory.

      No i zazdroszczę Wam wakacji we dwoje. Nawet gdybym chciała, nie potrafiłabym zostawić Małej na tak długo. Ale nigdy nie mów nigdy – może jak trochę podrośnie i odwiedzimy dziadków w Polsce, a Mała będzie czuć się z nimi już bardzo swobodnie, tak właśnie zrobimy.

  • Monika

    No… ja jestem w szoku większym, niż się spodziewałam. Ale mam myślę asa w rękawie w tym temacie – Diana, będziesz musiała chwile poczekać, ale może mam argument, który Ci odrobinę pomoże 🙂 Tylko się wypiszę w temacie 😛 Bo komentarz byłby jak drugi wpis!

    • No to dawaj tego asa. Przeczytałam i usłyszałam już chyba wszystko, co miałoby mi pomóc. Zobaczymy, co masz w zanadrzu 🙂

  • Szyszka

    Ja mam bardzo podobnie😑w tej chwili mam ogromne wyrzuty sumienia, że nie spedzam z Małą juz tyle czasu😕 z całego dnia a raczej 24 godz. na dobę zrobiło się nędzne 1,5 godz. przez cały dzień😑bo porannego czasu nie liczę. Masakra jakaś😢

    • Szyszko, no jest to diabelnie trudne. Sama próbuję zawalczyć na początek o pół etatu albo o flexible hours, żeby jakoś łagodnie przejść na pełen etat i przyzwyczaić siebie i Małą do rozłąki ale na razie marne szanse są na to.
      Czuję Twój ból i zgadzam się – jest to masakra. A jak Twoja dziewczynka to znosi? Poszło w miarę gładko od początku?

  • Mama Zosi

    Ło Jezuuuu! To tak jak u mnie. Niedługo wracam do pracy i już mnie nerw zżera. Sophie zostaje z dziadkami i jest do Nich mocno przywiązana, ale jednak boli, że po 16 wspólnych miesiącach nadszedł czas „rozstania”. Mogą mi inni gadać, mogę sobie sama tłumaczyć, że krzywda się Małej nie stanie, że nie ja jedna tak mam itd. Gucio to daje. Mąż nazywa mnie matką polką i co? Psinco! Ja kocham być matką polką i być z moim dzieckiem 24h/dobę.

    • Kochana, masz ogromne szczęście, że Sophie zostaje z dziadkami. Co ja bym dała, bym mogła to samo zaoferować mojej Małej. A niestety, przyjdzie mi ją oddać opiekunce lub żłobkowi. Nie demonizuję tych opcji, ale dziadkowie to jednak dziadkowie. Ach, tylko pozazdrościć Ci, naprawdę! 🙂

      Nie jesteś matką polką, tak jak i ja nią nie jestem. Chęć bycia z dzieckiem nie kwalifikuje nas od razu do tego mienia 😉 Ale właśnie jest tak jak piszesz – można czytać, słuchać, wiedzieć to wszystko i rozumieć a i tak ciężko ogarnąć całą tą sytuację.

      To co, damy sobie znać za jakiś czas, jak nam poszło? Będę trzymać kciuki za Cię! 🙂

      • Mama Zosi

        No i nadszedł ten dzień i ten moment. Jutro 1.09 i tak jak dzieci do szkoły i ja wracam do pracy. Sophie śpi obok. Ja napawam się chwilami obok Niej, a w głowie mętlik. Serce mi pęka, że muszę Ją zostawić, a z drugiej strony o dziwo czuję swego rodzaju radochę, że idę do ludzi. Matka polka pracoholiczka to strasznie ciężkie połączenie 😊

      • Mamo Zosi, i jak mija Wam dzień? Trzymasz się dzielnie? Dobrze jest być znów wśród ludzi? 🙂

  • Jaga

    Jak bym czytała o sobie 🙂 Dla mnie kazde zostawienie dzieci, a mam dwoje (starsza 3L młodsze 4m-c)to jakiś koszmar. Nawet wyście do sklepu wiąże się z bijatyka myśli. Mam wtedy wrażenie, że jeżeli się rozplacze, to tylko ja umiem je uspokoić, że tylko ja wiem jakie w danej chwili ma potrzeby. Z jednej strony cieszę się wtedy, że mam te 5 minut dla siebie samej i nie muszę mieć wtedy podzielonej uwagi, ale co mi po tym, że fizycznie chwilę odpoczne jak psychika nie daje rady w tych chwilach, więc myślę sobie że My matki już tak mamy, że na pewnym etapie ten lęk separacyjny który niby dotyczyć powinien dziecka, tak naprawdę dotyczy nas (przynajmniej mnie) 🙂

    • Tak, ja się czasem zastanawiam, czy przypadkiem ten etap lęku separacyjnego i cała jego terminolgia, czy aby napewno skierowana jest tylko do tych małych bąbli 😉
      Co prawda, wyjścia do sklepu czy fryjzjera i innej kosmetyczki nie przypłacam takimi wątpliwościami ale kiedy mam przed sobą wielogodzinne wyjście, wtedy już owszem. No i tęsknię, nawet jeśli świetnie się bawię. To jest jakieś szaleństwo 😉

      Dostałam na naszym fanpage radę- mieć drugie dziecko, wtedy to podobno mija. Rozumiem, że to tak wcale a wcale nie działa? 😉

  • agaIoliwcia

    Hm fajny tekst! Mnie to czeka od września bo wracam do pracy! Jak zniosę te sekundy minuty i godziny bez córci!??? Przecież jesteśmy ciągle razem?! Mam nadzieje,że ona zniesie to lepiej ode mnie !! 😊

    • Monika

      Agaloliwcia z tej strony druga mamorkowa mama. Już jestem po tej drugiej stronie barykady, bo pracuje od lutego. Bywa ciężko, ale wierz mi, życie się w końcu normalizuje. Choć z drugiej strony, ja nigdy nie miałam aż tak, lubię również te chwile które mam sama dla siebie. Bardzo dobrze sprawdza mi się podejście, które patrzy na te zmiany nie jak na ilość rzeczy, która mi ucieka, ale na to ile moje dziecko w tym czasie się uczy, i jak jestem z niego dumna. Jak Młoda wróciła chyba po dwóch tygodniach w żłobku i sama wcinała zupkę łyżeczką, dostała gromkie brawa i oklaski. Świętowaliśmy jej sukces! Najtrudniej nam mamom pogodzić się z tym, że nasze dzieci dają sobie radę bez nas 😀 Trzymam za Was kciuki! W razie potrzeby wsparcia, pisz śmiało!

      • Mama Zosi

        O tak tu się zgodzę. Ja matka chciałabym jako jedyna nauczyć swoją córkę dosłownie wszystkiego. To do mnie mają należeć pierwsze kroki, słowa itd. Tylko chyba nie tędy droga. Nie wiem czemu tak ta natura nas stworzyła😨😜

  • hej, czytałam/czytam wiele blogów parentingowych, ale ten jest niepowtarzalny, naprawdę 🙂 pewnie dlatego, że w tak dużym stopniu porusza rozkminy z którymi codziennie mam doczynienia 😉 i mój odbiór rzeczywistości, rozdwojenie, cóż…myślę i odczuwam to samo co Ty 🙂

    • Magda, jest mi niezmiernie i szalenie miło czytać takie słowa. Dziękuję! i mam nadzieję, że dzielnie toczysz walkę sama ze sobą, jako i ja to czynię każdego dnia 🙂

  • Pingback: Nie ZŁA, nie SŁABA, po prostu NIEWYSPANA! - MAMORKI.com()

  • Pingback: Mama dojrzewająca - Mamorki.com()

  • Pingback: Mama oswojona, czyli mój weekend w Bristolu()

  • Pingback: Dlaczego chcę, by moje dziecko poszło do przedszkola()

  • miałam dokładnie to samo, jak kończył mi się urlop macierzyński. myślałam, że serce mi pęknie! a jednak, przełamałam się, znalazłam nianię i wróciłam do pracy. nie żałuję! dziecko uwielbia nianię, niania uczy je rzeczy, z którymi ja mam problem, wracam do niej stęskniona a nie sfrustrowana siedzeniem w domu. nie wiem czy to rozwiązanie dla każdego, ale przy następnym dziecku już nie będę się wahać. pracowanie jest dobre i fajne. poza tym – trochę się rozkłada odpowiedzialność za zarobki na dwoje i to moim zdaniem też służy. pozdrawiam!