Rodzina, moje marzenie!

Nie pamiętam, ale chyba od zawsze wiedziałam, że chcę mieć rodzinę, a co za tym idzie – dzieci. Ba, nawet nie musiałam tego wiedzieć, po prostu to czułam. Wyobrażając sobie swoje życie, widziałam w nim siebie jako mamę, i to jeszcze najlepiej wcale nie jednego, ale przynajmniej dwójki małych rozrabiaków. Może to kwestia wychowania? Wyrastania w domu, w którym rodzina była zawsze najważniejsza? W domu, w którym duży nacisk kładziono na to by nie tylko siedzieć razem przy stole, ale razem BYĆ? Może to kwestia tego, w co kto wierzy i jakie ma wartości? Ja wiem, że nic i nikt na świecie nie jest w stanie zastąpić rodziny. Że mama może być najlepszą przyjaciółką, że zawsze można się zwrócić o pomoc do brata, a tata choćby w środku nocy przyjedzie odebrać swoją córkę z imprezy, nawet na studiach :D.

Jestem osobą bardzo mocno związaną ze swoją rodziną a mój kontakt nie ogranicza się tylko do najbliższych. Moja kuzynka, jest jedną z moich najlepszych przyjaciółek. Do kuzynów, mogę się zawsze zgłosić po komputerową poradę, a do babci wpaść na zupę, gdy w lodówce pusto. Moje dzieciństwo, to wspomnienie świąt – nie takich spędzanych z rodzicami i bratem, ale tych gwarnych, gdzie cała rodzina zbierała się u dziadków. Moja mama ma bowiem trójkę rodzeństwa, każdy ma dwójkę dzieci – było tłoczno, głośno i chaotycznie, i ten chaos jak akurat pokochałam. I marzyłam (marzę dalej) by kiedyś moje dzieci mogły takiej atmosfery doświadczyć.

Między innymi właśnie dlatego, bardzo dobrze rozumiem wszystkie te z Was, które chcą mieć dzieci, mają już jedno, a może i troje, dopiero oczekują na potomka, lub planują w przyszłości.

Dosyć przewrotnie, potrafię zrozumieć też te, które dzieci mieć nie chcą. Zapewne wpływ na to mają jakieś konkretne wydarzenia z ich życia, własne przekonania, tryb życia – nie chcą i już, i jest to wybór, do którego mają święte prawo. Natomiast wiedzą czego chcą, i to zdaje się być najważniejsze.

Naprawdę trudno mi natomiast, zrozumieć te kobiety, które nie wiedzą same, czy chcą mieć dzieci czy nie. Czemu? Ponieważ nie do końca wiem jak i co ma wpłynąć na to, by szala przechyliła się na jedną bądź drugą stronę. Czy robi się listę za i przeciw? Czy kreśli się plan swojego życia, by znaleźć najodpowiedniejszy moment i wpisać dziecko w napięty harmonogram? Czy się analizuje sytuacje finansową i potencjalne ryzyko obniżenia poziomu życia związanego z dodatkowymi wydatkami??? Po prostu nie wiem.

W dzisiejszym świecie dobrze zdaje sobie sprawę z tego, że to całkiem rozsądne myśleć nad pewnymi sprawami, planować. Nie jest to egoizm, a w sumie odpowiedne podejście przyszłych rodziców, którzy chcą, swoim potencjalnym dzieciom móc zaoferować wszystko co najlepsze. Ale błędnie myśli ktokolwiek, komu wydaje się, że na dziecko będzie w życiu jeden, określony czas. Moment idealny. Oczywiście, możemy poczekać na ślub, jak go chcemy, na zakup mieszkania, jeśli to nam potrzebne by mieć poczucie stabilności i bezpieczeństwa – ale zawsze będzie kolejny awans, zmiana pracy, jakaś podwyżka, wyczekiwana podróż, nowinka technologiczna do kupienia czy sprzęt. A czas na nas nie poczeka. Ucieknie bezkarnie, zostawiając nas w tyle z pozostałymi (pytanie czy nie istotniejszymi), niespełnionymi marzeniami.

Wydaję mi się, że wśród osób niezdecydowanych nie ma tak naprawdę niezdecydowanych – tylko takie, które się wahają pod presją własną czy otoczenia. Potrafię sobie wyobrazić jak waha się kobieta, która o dziecku nie myślała, ale mąż prosi, rodzina radzi, sąsiedzi pytają i zewsząd jest bombardowana tym, jak to powinna, i jak może nie chcieć. Widzę też przed sobą inną kobietę, w sumie trochę taką jaką ja sama byłam, która wie, że chce – ale się boi, rozważa, myśli i planuje. Czasem planuje tak, że może nigdy planowania nie skończyć :).

A czy to warto? Pewne powiedzenie głosi, że gdy chcesz rozśmieszyć Pana Boga, powiedz mu o swoich planach. Plany dobrze mieć, ale i tu potrzeba odrobiny dystansu, elastyczności i spontaniczności. Los bywa bowiem okrutny, przewrotny, i wcale nam życia nie ułatwia. Jak na złość gdy czegoś chcemy, podcina nam skrzydła lub rzuca kłody pod nogi. I nigdy nie wiadomo na kogo padnie.

Jak dziś pamiętam również inny obraz z własnego życia, który pewnego razu ponownie uzmysłowił mi wartość rodziny. Gdy zmarł mój kochany dziadek, na pogrzebie w kościele na środku nawy na krzesełku siedziała moja babcia. Pogrążona w smutku i łzach, bo zmarła osoba, która towarzyszyła jej w życiu 60 lat (teraz, takie staże chyba się już nie zdarzają)… ale co najważniejsze, w tym smutku ani przez chwilę nie była sama. Bo w zwartym szyku koło niej, stała czwórka jej dzieci, ich małżonkowie i wszystkie wnuki! Otaczając ją ramieniem i będąc dla siebie nawzajem największą podporą.

Jak inny byłby to obrazek, gdyby sama dzieci nie miała? Gdyby jej dzieci nie miały dzieci? Gdy w wieku 78 lat żegnałaby drugą połowę swojego życia, sama siedząc na tym krzesełku na środku kościoła… .

 

IMG_2358

 

(Visited 54 times, 1 visits today)

You Might Also Like