Razem ale osobno, czyli sami z dzieckiem w wielkim mieście!

  Zazdrość, to zdecydowanie nie jest uczucie, którym chciałabym się chwalić, ale przyznać się muszę, że zdarza mi się zazdrościć. Czego? Nie wielkich domów, wypasionych samochodów, czy wózków dla dziecka, które gdyby mogły, same by jeździły. Mój obiekt zazdrości jest zupełnie innej maści. Coś oczywistego, niedocenianego w czasach dzikiej młodości, a nabierającego niezwykłej wartości w momencie pojawienia się dziecka. O czym mowa? O BLISKOŚCI. Bliskości rodziców. I tym razem nie mam na myśli bliskości emocjonalnej, ale tej najzwyklejszej w świecie – geograficznej!

  Zazdroszczę tym z Was, którzy mieszkają w jednym mieście ze swoimi rodzicami, dziadkami Waszych pociech. Z mojej perspektywy – o ile musi być łatwiej, gdy w pobliżu są ludzie, na których można liczyć, niezależnie od sytuacji. Brzmi naprawdę, jak marzenie… .

  I nie mówię tutaj o rodzicach w kontekście zastępstwa za nianię. Rodzaju bezpłatnej, całodziennej opieki, o której w jednym ze swoich wpisów napisała Mumandthecity („A Ty masz już swojego niewolnika?”). W moim przypadku, to zupełnie nie tak.

  A jak?

  Już spieszę z wyjaśnieniami!

  Jeśli śledzicie naszego bloga, to wiecie, a jak nie – możecie jeszcze nadrobić zaległości i poczytać o moich dylematach związanych z posłaniem dziecka do żłobka i powrotem do pracy. Zawsze wiedziałam, że tak to się potoczy, i nie oczekiwałam innego scenariusza. Natomiast zdecydowanie, zaskoczyła mnie trudność wykonania założonego planu.

  Z mężusiem byliśmy bardzo dobrze świadomi zmian, które będą na nas czekać wraz z pojawieniem się dziecka. Był to jednak dla nas już takim moment, w którym bez wyrzutów mogliśmy się wyrzec spontanicznych wypadów ze znajomymi, szlajania w nocy po knajpach czy imprez od czasu do czasu zakrapianych większą ilością procentów niż być powinno. Wychodziliśmy z założenia, że tak właśnie zmienia się życie, że będziemy mieć przed sobą kolejny etap, a dziecko będzie naszym nieodłącznym (przynajmniej przez jakiś czas) towarzyszem. Ot, taka prosta filozofia.

  Ale chyba zapomnieliśmy wziąć pod uwagę, że to nie o te imprezy i spotkania chodzi. Że najbardziej zmieni się nasze najzwyklejsze codzienne życie. Że już nie będziemy w weekend do 10 zalegać w łóżku popijając poranną kawę, że nie będziemy spędzać godzin na oglądaniu filmów, że po porządku, który zrobimy raz na tydzień (no dobra, raz na dwa) w mgnieniu oka nie będzie śladu, a po powrocie z pracy nie zalegniemy na kanapie czekając na dostawę zamówionego jedzenia. Zupełnie nie wzięliśmy pod uwagę braku czasu dla nas samych, dla siebie nawzajem! Bo gdy dziecię raczy już pójść spać, i my najchętniej przytulilibyśmy głowę do poduszki chwilę później!

  Madzia urodziła się na początku 2014 roku. Jest przecudownym, radosnym, z zasady uśmiechniętym dzieckiem. Ale dla nas, to również 16 miesięcy, w których chwile spędzone tylko we dwoje można policzyć na palcach u rąk. I tak, w porównaniu z choćby mamą Dianą, mamy nie najgorzej. Czasem jednak Dziadki przyjadą – wtedy skorzystamy i wyjdziemy do kina RAZEM, lub wyskoczymy na jakąś kolację, ale mimo wszystko, to nadal są wyjątki od panującej reguły. A sytuacja nie wynika z moich obaw przed zostawieniem dziecka pod opieką kogoś innego, bo z tym nie mam najmniejszego problemu. Problemem jest znalezienie osoby dostępnej, która by sama poświęciła swój wieczór w imię mojego (naszego).

  Oczywiście, pewnie część z Was na tym etapie myśli – no przecież jest rozwiązanie – NIANIA! I zasadniczo tak, zgadza się. Ale co, jeśli niania z przyczyn wszelakich, choć najczęściej finansowych, nie wchodzi w grę? Między innymi właśnie ze względu na koszty zdecydowaliśmy się posłać Potworka do żłobka. Był czas, kiedy rzeczywiście chorowała, i wtedy zabraliśmy się za poszukiwanie niani, ale takiej dorywczo, w odwodzie – na czas choroby czy właśnie jakiegoś wyjścia od czasu do czasu. Ale Madzia przestała chorować, i temat rozszedł się po kościach. A po co zawracać komuś obcemu głowę, na wyjście raz w tygodniu, zakupy w sobotę, czy imprezę ze znajomymi raz na jakiś czas? Dla mnie to bez sensu, może jakaś dorywcza niania się wypowie 🙂

   Ale jak wspominałam, o tyle źle nie mamy, że Dziadkowie jednak do nas zaglądają. A w czerwcu nawet zdecydowali się przejąć naszego Potworka na całe DWA TYGODNIE wczasów nad morzem (ale będzie szaleństwo!!! U rodziców oczywiście 🙂 ). To jednak jest kropla w morzu potrzeb, wśród których uczymy się manewrować.

  Wiem, że punkt widzenia zależy od punktu siedzenia, ale naprawdę z mojego stołka – jeśli macie rodziców pod ręką, niezależnie jacy by byli i niezależnie od tego czy zgadzacie się z ich metodami wychowawczymi, cieszcie się z tego, że są ile tylko możecie. I pozwólcie im cieszyć się z tej wyjątkowej roli! Bo nie ma nic lepszego niż a) kontakt Waszego malucha z Dziadkami, b) Dziadki na wyciągnięcie ręki!!! Ja tego się trzymam, choć Dziadki o 300km za daleko… .

IMG_20150514_120352

(Visited 99 times, 1 visits today)

You Might Also Like

  • Ladymami

    Trzeba korzystać z czasu razem ile się da 😉 To najwspanialsze w życiu człowieka… rodzina 🙂

    • Ladymami zgadzam się, że nie ma nic takiego, równie wyjątkowego jak rodzina. I trzeba korzystać z każdej chwili razem – i na co dzień tak mam, zwłaszcza jak wracam po pracy.. łapie te wszystkie krótkie chwile razem. Ale czasem mama i tata potrzebują chwili dla siebie, dla pielęgnacji własnego związku 🙂

  • Pingback: Zdani na siebie. Troska o prywatność czy izolacja? - MAMORKI.com()