Przekleństwo karmienia piersią!

Ten wpis nie powinien powstać. Głównie dlatego, że statystyki są jednak bezlitosne i pokazują, jak niewiele z nas decyduje się faktycznie na wyłączne karmienie piersią w pierwszej połowie życia swoich dzieci. Chcemy… ale jakoś tak nie wychodzi. W związku z tym powinnam tutaj raczej napisać same peany i superlatywy jakie niesie za sobą karmienie piersią. Bo faktycznie, mleko matki, to prawdziwy cud. Ale żywot matki karmiącej… już nie koniecznie. A przynajmniej w wersji, którą reprezentuję sama ja.

Nie będzie tutaj więc o nawałach, zapaleniach, kryzysach i liściach kapusty. Na każdą z tych przypadłości możemy łatwo znaleźć rozwiązanie. Jednak na samo karmienie, rozwiązania nie ma. Jest dziecko. Jest mama. Jest mleko. Zaczyna się przekleństwo karmienia.

przekleństwo karmienia piersią

Zdjęcie: Benjamin Magaña. Źródło: flickr.com

 

Zamiast słowa przekleństwo, mogłabym powiedzieć, że to przecież dar. Dar życia, który jest swojego rodzaju kontynuacją tylko już poza brzuchem matki. Jednak to dostarczanie potomkowi tego, co najlepsze, ma cenę, którą ponosimy my. Matki. To często poświęcenie, próby, starania i walka z własnymi słabościami. Jakby już sam fakt sprowadzenia tego maleńkiego człowieka na świat nie był wystarczającym wyzwaniem. Wraz z karmieniem, to wyzwanie toczy się dalej.

We wpisie na temat pierwszych trzech dni karmienia, pisałam o tym, jak za drugim razem łatwo mi poszło. Jak laktacja się sprawnie rozhulała a z karmieniem nie miałyśmy z Młodszą Młodą żadnych problemów. I tak jest, do dnia dzisiejszego. Wpadłam jednak w zupełnie inną pułapkę, którą zastawiłam na siebie sama.

Chciałam lepiej a wyszło jak zawsze. Jeśli przysłowie, które głosi, że do trzech razy sztuka jest prawdziwe, to złoty środek znajdę dopiero przy trzecim dziecku. Przy trzecim dziecku, razem z butelką.

Bo to o butelkę mi tak właściwie chodzi.

Przekleństwo karmienia piersią

Sytuacja w której jestem jest dla mnie nowa, ponieważ ze Starszą Młodą i jej karmieniem wcale nie szło mi łatwo. Karmienie wcale nie było naturalne, a miesiąc walki o laktację zostawił we mnie chyba większy ślad niż chciałabym przyznać. Jednak siłą rzeczy Starsza jadła z butelki.

Jadła, bo była głodna.

Jadła, bo jednak mojego pokarmu było za mało.

Z trwogą czytałam wtedy fora, na których pisano, że za żadne skarby świata dziecku butelki podać nie można. Bo się zepsuje. Bo nie będzie ssało. Bo gdy raz załapie, że tak łatwiej to cycek pójdzie w odstawkę. Oczywiście nic takiego się nie zadziało. Gdy tylko poziom mleka powrócił do wystarczających ilości, po posiłku z piersi po prostu odwracała głowę. Ale ja po tej przygodzie, co jest właściwie efektem ubocznym, zyskałam wolność. Wolność, bo każdy mógł moje dziecko nakarmić. Tata, babcia, wujek czy ciocia. Karmienie nie było aspektem, który wiązał jedynie mnie.

A dokładnie w takiej sytuacji znalazłam się teraz!

Wspominałam, że sama na siebie tę plagę ściągnęłam? Widzicie, po tych wcześniejszych przejściach tak bardzo nie chciałam znowu siedzieć i pompować tym laktatorem, że panicznie bałam się podać dziecku smoczka. Butelki. Jak wizje z najczarniejszego koszmaru wracały do mnie te wszystkie internetowe mądrości. Nie wolno smoczka. Nie wolno butelki. Więc czekałam. Najpierw a niech pierwszy miesiąc minie. Potem 6 tygodni. Nagle były trzy miesiące, teraz sześć. A efekt? Tylko ja mogę nakarmić dziecko. To ja jestem na każde zawołanie. I nie, nie mogę wyjść na dłużej niż 3 godziny na zakupy, kawę z koleżankami czy kino, bo Młoda chce jeść. Bo butelkę odpycha rękami. Bo złości się i płacze.

A z nią, tak czasami, płakać chcę i ja. Bo choć szczęśliwa w tym drugim macierzyństwie, to marzę o swobodzie. Marzę o chwili oderwania. Marzę o tych momentach dla siebie, które dobrze wiem, że bym miała gdyby Młoda jadła z butelki. I wspominam, jak to przy Starszej było. Jak prosto i beztrosko. A teraz mam klops na własne życzenie. Dopuściłam, by przyjemność karmienia stała się przekleństwem.

I obiecuję sobie, że już nigdy tego błędu nie popełnię. Na rynku są takie butelki, którymi śmiało można karmić bez obawy o zaburzenia odruchu ssania u dziecka. I może karmić też tata. To on może mieć chwile z dzieckiem. To mama wtedy może liczyć na choć jedną przespaną noc, gdy dyżur karmienia zrzuci na tatę. Karmić może babcia. Bez stresu, czy ona zje czy nie. Czy przyjdzie jej bujać dziecię aż matka z wywieszonym ozorem wpadnie, z tego jednego spotkania, które sobie zaplanowała od trzech miesięcy.

I wiem, bo pamiętam, że tak się da. Tylko ja się zagalopowałam. Nie pozwól się innym zagalopować. Podeślij ten wpis! Myślę, że warto. Przede wszystkim słuchać siebie. Ale jeśli nasz wewnętrzny zawór bezpieczeństwa zawodzi, to… warto się wesprzeć. Tak, by nie dać się w tym karmieniu zwariować!
przekleństwo karmienia piersią

Zdjęcie: Thomas Widmann. Źródło: flickr.com

 

(Visited 448 times, 1 visits today)

You Might Also Like

  • MamaKarolean

    Trafiłam na tego bloga siedząc właśnie z laktatorem przy piersi. I powiem, że doskonale rozumiem Twoj punkt widzenia. Po ostatnich przejściach z karmieniem, córcia odmawia dłuższego (niż 3 min!) ssania, bo „za słabo leci” więc nie mam innego wyjścia jak odciaganie. Z poczuciem krzywdy, że jest to dodatkowy wysiłek, przyszła jednak ogromna ulga, że właśnie nie tylko ja dzięki temu mogę ją karmić. Psychicznie – zrobił mi to ogromną różnicę, szczególnie po trudnych baby bluesowych początkach. Trzymam kciuki za Twoje przetrwanie w trudach karmienia.

    • Hej, cieszę się, że do nas trafiłaś. Sama uważam w tym internetowym świecie za bardzo fajne to, że nigdy nie wiadomo, skąd przyjdzie nam swojego rodzaju wsparcie. A w karmieniu i jego trudach… oj potrzeba, czasem nawet bardzo dużo wsparcia! Ja powiedzmy z kłopotu wybrnęłam razem z rozszerzaniem diety, ale co się z butelkami i kubeczkami natrudziłam to swoje. A będzie na blogu i o tym wkrótce, bo to cała przeprawa była. Całe szczęście dziś już wyrobiliśmy sobie nowy rytm. Mam nadzieję, że i Ty dałaś radę przetrwać w trudach!