Parent – rodzic, Parenthood – wspaniały serial o zwykłej rodzinie!

W życiu jak każdy, tak i ja mam swoje słabostki. Słabostki lub pasje, zwał jak zwał, choć zdecydowanie wolę mówić, że pasjonują mnie seriale telewizyjne, a nie, że są moją słabością. Choć jedno i drugie stwierdzenie jest jak najbardziej prawdziwe. Oczywiście nie siedzę przed telewizorem/komputerem cały czas, bo równie bardzo lubię czytać książki, chodzić do kina, na basen czy usiłować uszyć coś na swojej maszynie, ale obejrzenia najnowszego odcinka ulubionego serialu, też odmówić sobie nie mogę.

Z wolnego czasu w ciąży zbyt dużo nie skorzystałam. Chodziłam do pracy do końca 7 miesiąca, a na przełomie 8 i 9 walczyłam z remontem kuchni, która była ostatnim bastionem, pozostałością po wcześniejszych lokatorach naszych obecnych włości. Także lekko nie było. No a że Madzia, odrobinę pospieszyła się ze swoim przyjściem na świat, zasadniczo nie za wiele zdążyłam sobie  w tym czasie w domu „poleniuchować”.

Tak naprawdę czasu na oglądanie seriali, nie mam dopiero teraz. Rzeczywiście praca, dziecko i dom są wystarczająco absorbujące, i jeśli coś ma odpaść, z moich własnych zainteresowań, to właśnie seriale. Wybieram tylko te TOP TOP, w które się na tyle wkręciłam, że nie mogę sobie odpuścić ( jak np. fenomenalny, o ile ktoś lubi muzyczne seriale „Nashville” – więcej!

Jeśli chodzi o to jakie seriale śledziłam z zafascynowaniem, muszę się Wam przyznać, że było ich naprawdę wiele. Chyba tylko na kryminalne nie starczało mi czasu, lub najzwyczajniej zamiłowania. Ale regularnie na tapecie u mnie pojawiały się wampiry, lekarze lub czarownice. Ja po prostu mam słabość do świata magii i czarów – co na to poradzę? 🙂

Zakładam, że to właśnie dlatego, nie słyszałam wcześniej nic o serialu „Parenthood”. Po prostu nie leżał w sferze moich zainteresowań. I choć do dzisiaj, najpiękniejszym serialem jaki śledziłam były „Gilmore Girls” znane u nas jako „Kochane kłopoty”, tak długo po nim, nie trafiłam na nic, co by tak naprawdę złapało mnie za serce. Wiele topowych produkcji śledziłam do samego końca, jak „Dr.House”, „Desperate Housewive’s” czy „Jak poznałem Waszą matkę”, ale dopiero „Parenthood” poruszył mnie najbardziej.

Gdy urodziła się Madzia, tak z czystej ciekawości, poszukałam, czy czasem ktoś kiedyś nie nakręcił czegoś o rodzicach dzieci. Nie wszechobecnych nastolatkach, czy moich kochanych potworach wszelkiej maści, ale właśnie o rodzicach. Od razu natrafiłam na ten tytuł i postanowiłam spróbować. Zaczęło się więc jak zawsze, od pierwszego odcinka… by dzisiaj zostać już wspomnieniem – gdyż ostatni z całej serii odcinek został wyemitowany 29.01.2015.

Czemu ten serial zrobił na mnie takie wrażenie? Ku temu jest naprawdę wiele powodów. Może ten najważniejszy – bo pokazuje losy naprawdę fantastycznej rodziny, właśnie takiej, jaką sama chciałabym mieć (o czym pisałam TU). Przeplatające się ze sobą perypetie trzech pokoleń – rodziców, ich czwórki dzieci i ich dzieci, może nie porywają dynamizmem akcji czy efektami. Rozkochują natomiast powoli i subtelnie w dialogach, w scenach z życia rodziny, w obrazie w którym każdy znajdzie coś dla siebie. Jest to historia życia codziennego – może wydawać się długa i nudnawa, ale dla mnie było wprost odwrotnie.

Dodatkowo, to całkiem miło, tak od czasu do czasu zobaczyć na ekranie coś, o czym nie stanowi jego powierzchowne piękno – serial nie jest kręcony w bogatych willach na wybrzeżu Kalifornii, a aktorzy to nie Brad Pitt i Angelina. Przypominają zwykłych ludzi, których można z taką łatwością w sobie odnaleźć. Ich dom, choć duży, nie wyszedł spod ręki architekta wnętrz, jest przytulny i rodzinny, pełen po dziecięcych gratów. Bohaterowie nie odnoszą samych sukcesów. Historia kręci się wokół czwórki rodzeństwa, którzy mają już swoje mniejsze czy większe dzieci, pokazuje przez ich pryzmat najróżniejsze sytuacje życiowe. Mamę, która zajmuje się domem a mąż pracuje, sytuację odwrotną, gdzie to żona robi fenomenalną karierę, a mąż odciąża ją w domowych obowiązkach, młodszego brata, który nie umie się ustatkować, do momentu w którym dowiaduje się że ma dziecko, czy bezrobotną matkę dwójki nastolatków, rozwódkę, która właśnie wraca do domu rodziców.

Za ich pomocą, pokazane są najróżniejsze sytuacje życiowe, wzloty i upadki, sukcesy i porażki. Serial nie stroni od kłótni rodzinnych czy konfliktów interesów, tylko po to, by później podkreślić to, jak można z nich wybrnąć, i o ile łatwiej sobie poradzić z przeciwnościami, gdy można liczyć na siebie nawzajem. Co istotniejsze, nie są to dramaty wyssane z palca, rzeczywiście wszystko, co się im przydarza, mogłoby przydarzyć się każdemu z nas. To nie jak 11 sezon „Chirurgów”, gdzie już naprawdę nie wiadomo, jakim kolejnym zwrotem akcji zaskoczy nas autorka scenariusza. Są tu historie piękne i smutne, ale nie przesadzone, takie w sam raz.

Żeby zakochać się w tym serialu, wystarczy usiąść na kanapie, i dać się wciągnąć. Kiedy zapałacie do niego wielka pasją? Może jak ja, zaraz po pierwszym odcinku, a może po 10, ale warto spróbować. Polecam wszystkim rodzicom, przyszłym mamom, ale nie tylko, każdemu kto może dla odmiany chciałby obejrzeć coś co pokazuje nie tylko szał ciał 🙂 ale jedne z najważniejszych w życiu wartości – miłość, przyjaźń, rodzinę!

images

(Visited 66 times, 1 visits today)

You Might Also Like