Noworoczna niespodzianka, czyli o porodzie naturalnym słów kilka

Jak już zdążyłam Wam wspomnieć, Nowy Rok dla mnie, to teraz dużo więcej, niż po prostu początek kolejnego roku. Moja córka, chyba biorąc pod uwagę moje zdolności matematyczne, dla łatwiejszej kalkulacji postanowiła, bowiem przyjść na świat dokładnie 1-szego stycznia, witając się z nami na tym świecie o 10 dni wcześniej, niż było to przewidywane. 10  dni, to w profesjonalnej nomenklaturze właściwie w terminie, co nie zmienia faktu, że nie mieliśmy w planach Sylwestrowych liczenia odstępów między skurczami i wycieczki na izbę przyjęć do szpitala.

W przeciwieństwie do mamorkowej mamy Diany, będąc w ciąży nie myślałam zbyt wiele na temat porodu (o perypetiach Diany czytaj TU). W książkach sprytnie omijałam ten temat, nie wdawałam się w dyskusje, nie wypytywałam bardziej w tej kwestii doświadczonych koleżanek mam. Całą ciążę śledziłam raczej z dnia na dzień, nie myśląc o „strasznym” finale. Moje planowanie porodu stanęło na etapie wyboru szpitala, uczestnictwa w szkole rodzenia i wyborze lekarza prowadzącego (do czego byłam w sumie zmuszona, gdy mój pracodawca zdecydował się zmienić nam prywatną opiekę medyczną). Z całą resztą, stwierdziłam, że zmierzę się, gdy przyjdzie na to czas.

Jak urodzę? Gdy w ciąży jeszcze nie byłam, zdarzało mi się myśleć o plusach i minusach zarówno cięcia jak i porodu naturalnego. Ale chyba już wtedy, miałam wewnętrzne przekonanie, że cięcie to jednak operacja, na którą się zdecyduję jak będzie taka konieczność. Jak nie, moje dziecko urodzi się tak, jak natura chciała. W końcu nie ja pierwsza, ani ostatnia. Budująco działało na mnie również ambicjonalne podejście – inne dały radę, ja miałabym nie? :).

Jakoś w okolicach listopada (co przypadało u mnie na 8 mc), coś mnie napadło i podpytałam kilka mam o objawy porodu, a dokładniej jak rozpoznać, że JUŻ to JUŻ a nie za jakiś czas. I niestety tutaj spotkała mnie niespodzianka. U większości znajomych, które urodziły swoje dzieci w sposób naturalny, najpierw odeszły wody płodowe, więc nie miały dylematów związanych z ewentualnym za wczesnym przyjazdem do szpitala. Tym samym ja nadal byłam w kropce, i w tej kropce sobie pozostałam, oczywiście aż do momentu, w którym samej przyszło mi ocenić, że JUŻ właśnie nadeszło.

Pierwsze skurcze, poczułam już drugiego dnia Świąt. Wracaliśmy wtedy autem z rodzinnego spotkania. Jazda autem w ostatnich tygodniach ciąży była zdecydowanie złym pomysłem. Już wcześniej odczuwałam wtedy duży dyskomfort, napinanie brzucha, lekkie skurcze. Wtedy jednak, przez moment pomyślałam, czy to nie już, ale po powrocie do domu, ciepłym prysznicu (co jest jednym z zalecanych przez położne sposobów sprawdzenia, czy to czasem nie tylko skurcze przepowiadające), skurcze przeszły, a ja przez kolejne dni korzystałam z błogiego, poświątecznego „nicnierobienia”.

Sylwestra zachowawczo z Mężusiem mieliśmy zaplanowanego w domu. Pełno pyszności na stole, zapas filmów i szampan Piccolo by wznieść noworoczny toast. I toast jeszcze wzniosłam, ale już mierząc odstępy i długość pojawiających się skurczy w jednej z tysiąca dostępnych aplikacji na telefonie. Korzystając z tego, że to Sylwester i kto by tam po północy spał, zadzwoniłam skonsultować się z kuzynką, która na moje szczęście, kończy położnictwo. Dostałam kilka wskazówek, znowu wypróbowałam prysznic, który tym razem nie zadziałał, i po usilnej próbie położenia się spać, stwierdziłam jednak, że nic z tego. Skurcze zaczęłam liczyć na trochę przed północą, by o godzinie czwartej stwierdzić, że chyba najwyższa pora wybrać się do szpitala. Poród, o którym tak usilnie nie myślałam, właśnie się zaczął, i nie pozostało nic, jak stawić czoła wyzwaniu.

I jak to było?

Najchętniej napisałabym Wam, że nie pamiętam :). Swoją drogą, często usłyszycie właśnie tego typu opinie od kobiet, które urodziły już jakiś czas temu. Poród naturalny wiąże się z bardzo silnymi emocjami i w niektórych przypadkach, jak np. moim, całość pozostaje raczej tylko mglistym wspomnieniem. Plus naprawdę – o wszystkim, bólu i niewygodzie zaskakująco szybko się zapomina, gdy jest się rzuconym w wir opieki nad niemowlakiem.

Ale, żeby nie było zbyt różowo. Po przyjęciu do szpitala, o godzinie 6 rano trafiłam jeszcze na salę przedporodową. Nie było to bardzo komfortowe doświadczenie. Mimo, że jeszcze na wczesnym etapie porodu, skurcze już dawały się we znaki, ja musiałam mieć podany antybiotyk, który jeszcze dolał oliwy do ognia. Paskudny metaliczny posmak w ustach i mdłości razem wzięte. Leżałam na łóżku i patrzyłam tylko na wykresy KTG licząc na to, że już wkrótce przeniosą mnie na salę porodową, gdzie będzie mógł do mnie dołączyć mąż.

Na sale trafiłam o godzinie 9 rano. Szybko zadzwoniłam do Mężusia by przyjechał. Sala była ogromna, a ja czułam się w niej taka mała… i sama. To był moment, w którym stwierdziłam, że nie wyobrażam sobie, żeby nie było ze mną mojego męża, mimo, że wcześniej miałam co do tego mieszane uczucia. Tam, na sali, wszelkie wątpliwości rozeszły się jak chmury po deszczu – on po prostu miał być, przy mnie, ze mną, tu i teraz. Przede mną były, bowiem jeszcze długie godziny oczekiwania na ostatnią fazę porodu.

Ból… bólu nie sposób opisać, ani wytłumaczyć. Moja mama mi kiedyś opowiadała, jak córka jej koleżanki pytała swoją mamę jak właściwie boli poród. Odpowiedziała jej (hehe), że tak, jakby ktoś jej bez znieczulenia zęba wyrywał. Gdy już sama urodziła dziecko, powiedziała, że nie jak zęba, ale całą szczękę. Ból ma to do tego, że każdy go inaczej odczuwa. Trudniej znieść ból porodu przez 12 godzin, niż wytrzymać natężające się skurcze przez godzin 4. Wiadomo, niektóre kobiety rodzą, ledwo wchodząc na salę porodową, inne, podobnie jak ja niestety, zajmują miejsce odrobinę dłużej.

Ja, jak się tego po sobie zresztą spodziewałam, nie dałabym rady bez znieczulenia (znaczy pewnie musiałabym, ale wtedy ten wpis wyglądałby zupełnie inaczej). W okolicach 5 cm błagałam męża, żeby ponaglił personel, i żeby w końcu raczył pojawić się ktoś, kto poda mi znieczulenie. To jeden z mankamentów wizyty w szpitalu w dzień świąteczny. Personel w wersji okrojonej, i jeden anestezjolog zarobiony na cięciach, niemający czasu dla pozostałych, umęczonych w bólach kobiet rodzących siłami natury. Przyznam, że w desperacji wykorzystałam swojego lekarza prowadzącego. Jako koordynator oddziału, jednak miał moc zdalnego sprawienia, by ktoś raczył się zjawić i znieczulenie podać.

Jak zazwyczaj boję się znieczuleń, i nie korzystam z nich nawet u dentysty, tak w tym przypadku – ból związany z wkłuciem w plecy zupełnie mnie nie obchodził. Wszystko bolało tak bardzo, że nie mogło to zrobić żadnej różnicy, a znieczulenie zrobiło całą różnicę! Po otrzymaniu pierwszej dawki… poszłam spać. Zmęczona, bo w końcu w Sylwestra nie spałam, potem zaczęły się skurcze i przyjechaliśmy do szpitala – po prostu usnęłam. To były błogie dwie godziny w trakcie porodu! Zbudziła mnie schodząca powoli pierwsza dawka. W jak dużym byłam błędzie myśląc, że ból przy 5cm był nie do zniesienia, właśnie miało się okazać.

Powiem już szczędząc szczegółów, że dzięki bogu anestezjolog dotarł i zdążył podać mi drugą dawkę znieczulenia. Bez tego, na poważnie rozważałam skok przez okno lub jakąś inną metodą wymiksowania się z sytuacji. W końcowej fazie porodu znieczulenie rzeczywiście nie sprawia, że nic się nie czuję, ale przy takim natężeniu bólu, dają radę wszelkie pozostałe metody tak wychwalane choćby na szkołach rodzenia.

Młoda urodziła się, gdy znieczulenie jeszcze działało, albo ja, już niewiele wtedy rejestrowałam, taka opcja też wchodzi w grę. Wiem, że wyjątkowo motywująco podziałała na mnie groźba wyciągania dziecka z użyciem próżnociągu (zwanego również vacuumem). Dzięki prowadzeniu Pani doktor, udało mi się urodzić córkę bez dodatkowego wspomagania. Dumny tatuś, który został ze mną do samego końca, przeciął pępowinę i tym samy oboje, znaleźliśmy się już po drugiej stronie „barykady”, zasilając grono rodziców, i rozpoczynając (przynajmniej wśród naszych znajomych) całą lawinę kolejnych narodzin!

A wnioski? Urodziłabym naturalnie pewnie jeszcze raz. Z tylko jednym zastrzeżeniem, pod żadnym warunkiem, nigdy i nigdzie bez znieczulenia!!! Znieczulenie to podstawa, i myślę, że gdyby było łatwiej dostępne, byłoby dużo mniej cięć cesarskich na żądanie. Poród ze znieczuleniem rzeczywiście, może trwać odrobinę dłużej – w końcu ciało się odpręża na chwilę, adrenalina opada i nierzadko, spowalnia akcja porodowa. Mimo tego, nie powinien być to powód do odmawiania podania znieczulenia, by szybciej zwolnić miejsce i przyjąć następną osobę. Poród ze znieczuleniem wymaga również więcej uwagi i ostrożnego prowadzenia, co nakłada dodatkowy obowiązek na personel medyczny, natomiast jest – daje Wam słowo – wspaniałym rozwiązaniem, zwłaszcza dla tych co by chciały, ale z wiadomych przyczyn, się boją!

Dla wszystkich, które poród mają jeszcze przed sobą – niech moc będzie z Wami! A kto już jest bogatszy w doświadczenia, może zechce się podzielić wrażeniami :).

20140204_132529736_iOS

 

 

 

 

 

(Visited 426 times, 1 visits today)

You Might Also Like

  • dv

    Piękny opis strasznego wydarzenia… Całe szczęście, że jego efektem jest upragnione dziecko „po drugiej stronie” 😉
    Ja dostałam znieczulenie dopiero na 8cm, właściwie nie chcieli dać, ale to ja wylam głośniej, więc racja była po mojej stronie 😉

    • dv dobrze, że zdążyli ze znieczuleniem chociaż na sam finisz, no i chylę czoła Tobie, że tak długo wytrwałaś, i każdej innej kobiecie, która przeszła przez poród bez znieczulenia! To co pamiętam do dziś, i będę przez całe życie, to właśnie ta ogromna różnica w porodzie „z” a „bez”, którą było mi dane odczuć na własnym ciele!
      A jedynym wynagrodzeniem, dokładnie jak piszesz – jest, może w niektórych przypadkach satysfakcja, że „udało mi się”, ale przede wszystkim nasze własne dziecko już „po drugiej stronie” 🙂

  • Moja Karolinka przyszła na świat 2 stycznia 2010r. Od 30 grudnia krwawiłam. Gdyby nie moja mama to pewnie urodziłabym w domu. Kazała jechać do szpitala. U mnie nie odeszły wody, to położna musiała pomóc. Błażej urodził się podczas mistrzostw świata w piłce nożnej – 14 czerwiec 2012. Było podobnie. Najpierw krwawienie, później skurcze, dobry obiad i do szpitala. 1,5 godzinki i mały był na świecie. Ból, który opisujesz nie jest mi znany choć rodziłam siłami natury 2 razy. Nie miałam podanego znieczulenia. Kolejny poród czeka mnie w czerwcu i mam nadzieję, że będzie podobnie 🙂 Gratuluję wytrzymałości 🙂 i wszystkiego dobrego dla Madzi 🙂

    • Magda, to właściwie Ty powinnaś dzielić się z nami swoimi doświadczeniami 🙂 Ale zapewne, każda z nas, to inny przypadek. Zazdroszczę bardzo, że nie było Ci dane odczuwać bólu, niestety u mnie było inaczej… Miałaś na to jakiś sposób? Czy to może klasyczny przykład tego, jak różnie każda z nas odczuwa ból, i jak długo on trwa.
      Życzę, by i ten trzeci poród przebiegał równie sprawnie jak dwa poprzednie! Będziemy trzymać kciuki!

      • Każda z nas jest inna i ma inny margines bólu. Ja nigdy nie biorę znieczulenia u dentysty, bo wychodzę z założenia, że chwilę poboli i przestanie (albo jestem taka skąpa ). Byłam psychicznie przygotowana na ból podczas porodu. Bolało, ale nie tak jak to opisuje Monika. Przyznaję, że przy porodzie Karoliny dokładnie wiedziałam , że to „już”. Byłam pod prysznicem przy sali porodowej. Szybko się ubieram i biegnę. Mówię położnej, że się zaczęło, a ona,że co ja to niby wiem. Kładzie mnie do badania, a tu już główka u bram 🙂 I miałam rację. Wydałam niezły okrzyk przy pierwszym partym i zleciało się (podobno) pół oddziału żeby zobaczyć co się stało. Po 20 minutach Karolina była już po drugiej stronie. To tak w telegraficznym skrócie. Przy Błażeju wybraliśmy się na ostatnią chwilę do szpitala. Nie chciałam się stresować. Spokojnie zawieźliśmy Karolinę do moich rodziców, zjadłam tam obiad, ciacho i kawę wypiłam. Zebraliśmy się. Jak mnie przyjmowali na oddział to już było rozwarcie na 7. Dojechałam na porodówkę, chwilę mną po manipulowała położna i zaczęło się. Tym razem też się nie pomyliłam. 15 minut i już mały wylądował na mojej klacie. Wszystkim przyszłym mamą i sobie życzę takich porodów, żeby było spokojnie i bez nerwów, raz, dwa i po wszystkim 🙂

  • yasmin

    Hmm… przebieg porodu zależy od tak wielu różnych czynników, że za każdym razem może wyglądać zupełnie inaczej…
    Przykładowo mój pierwszy poród trwał 13h i był wywoływany oksytocyną ze względu na brak skurczów po odejściu wód (w 38tc5d). Kiedy wreszcie zaczęła działać bardzo szybko wymiękłam i zdecydowałam się na ZZO… W efekcie położna musiała mi mówić kiedy mam przeć, bo ja nic nie czułam… I długo wydawało mi się, że to w sumie nie było takie złe (sam poród, bez tygodniowego pobytu w szpitalu, który był dla mnie koszmarem), ale drugi całkowicie zmienił moje zdanie.
    Otóż za drugim razem akcja rozpoczęła się samoistnie (w 41tc+1d), bolało o wiele mniej, a ja mogłam w pełni świadomie podążać za swoim ciałem. Urodziłam w wodzie i z gazem rozweselającym… A do tego w niecałe 2h. I to było genialne przeżycie! Wspominam naprawdę fantastycznie, o ile można tak w ogóle powiedzieć o porodzie 😀 Na dodatek po 12h mogliśmy już wrócić do domu.

    Pozdrawiam ciepło i trzymam kciuki, żeby poszło sprawnie!

    • Yasim, historia Twojego drugiego porodu daje nadzieję. Ale jak na wstępie napisałaś, za każdym razem jest inaczej i to nie sposób przewidzieć! Ach, gdybym wiedziała, że to będą a już nawet nie dwie, ale tak 4 godziny… Może by dało radę. Za tym pierwszym razem umęczyłam się strasznie. Dalej mimo to widzę plusy naturalnego porodu, nie można powiedzieć, że nie. Ale powtórka z rozrywki mnie autentycznie przeraża!