Nie taka PRACA straszna!

Jakiś czas temu, w pewnym sobotnim wpisie, dzieliłam się z Wami swoimi obawami dotyczącymi powrotu do pracy ( o TU!). Za mną już (dopiero?) dwa tygodnie, a ja jestem, żyję i nadal piszę 🙂 Jak się okazuje, nie taki diabeł straszny!

Sytuacja każdej z nas jest inna a to, jak to z tym powrotem do pracy będzie, zależy od wielu czynników – formy zatrudnienia, nastawienia, atmosfery pracy. W moim przypadku, wszystko było dosyć szczegółowo rozplanowane. Wiem, że nie zawsze się tak zdarza. Natomiast, żebyście nie myślały, że było aż tak różowo przyznam szczerze, że jeszcze na dwa tygodnie przed powrotem nie do końca wiedziałam, gdzie tak naprawdę będę. Wiedziałam, że wrócę, że czeka na mnie miejsce w moim starym dziale, ale dokładne gdzie pozostawało pewną zagadką. Byłam natomiast w takiej szczęśliwej sytuacji, że moja szefowa zadbała o to, by krzywda mi się nie zadziała. Wróciłam już nie pod jej skrzydła, ale w równie fajne nowe miejsce, gdzie mogę otrzepując z kurzu swoje zwoje umysłowe, na nowo z ciekawością i zafascynowaniem podejmować zawodowe wyzwania.

Już nie pamiętam, kiedy stresowałam się tak bardzo, jak przed tym pierwszym dniem z powrotem w pracy. Zaledwie dwa tygodnie później naprawdę nie potrafię sama sobie wytłumaczyć, skąd pojawił się u mnie ten strach. Natomiast pocieszyć mogę, że rozszedł się po kościach już przy pierwszych uśmiechach osób, które witały mnie z powrotem. To było jedno z przyjemniejszych doświadczeń – wrócić do biura, pracy, do której niezależnie od tego jak fajna i ciekawa i tak wstawać się nie chce, i zobaczyć na nowo te wszystkie osoby, z  którymi miało się okazję pracować wcześniej. Z którymi chodziło się na lunche czy herbatę lub wędrowało na wspólnej ścieżce do biura.

Oczywiście szkoda, że niektórych już w firmie nie ma. Czas jednak nie stoi w miejscu, a rok to naprawdę spory kawał i wiele się zmienia. Nie było mi dane spotkać się w biurze z osobą, z którą nić przyjaźni nawiązałam na samym początku pracy w dziale, w którym wówczas obie pracowałyśmy. Wiedziałam, że jej nie będzie, bo całe szczęście łączy nas teraz nie tylko praca, ale i tak, z pewną nostalgią wchodząc na swój openspace spoglądałam na miejsce, w którym zazwyczaj siedziała. Z drugiej strony, pojawiło się też mnóstwo nowych twarzy. Ludzi do poznania, z którymi teraz przyjdzie mi spędzać czas, bo praca to jakby nie patrzeć, ogromna część naszego życia.

A sama praca? Jeszcze chyba mam fory czyli czas na przypomnienie, wdrożenie i odświeżenie. Poznaję nowy biznes, próbuję wgryźć się w projekty w przerwach między jednym spotkaniem a drugim, od których nawet na początku ucieczki nie ma. Jest intensywnie, co to to fakt, ale dziewczyny, jak najbardziej DO PRZEŻYCIA! 🙂 A co więcej Wam powiem, spokój, w którym rano przy biurku dopijam kawę, normalne, dojrzałe rozmowy, które toczą się w trakcie obiadu i te zwykłe, codzienne koleżeńskie kontakty, można docenić. Madzia to zdecydowanie mój największy motywator do działania, ale praca dokłada do tego swoją działkę. Zwłaszcza, jak ktoś choć odrobinę lubi to, co robi.

Jedyną pozostałością po wcześniejszych wahaniach jest jednak brak czasu, albo dokładniej, jego bardzo niewielka ilość, która pozostaje po powrocie. Nie wiem czemu nagle praca w godzinach 7-15 nie wydaje mi się taka zła. W takim trybie jest czas nie tylko na pracowanie, ale i dom. Ja niestety takiego szczęścia nie mam. Po wstępnych ustaleniach mogę pracować od 8-16, ale specyfika pracy sprawia, że i tak często a gęsto muszę zjawiać się między 9-17. Dodając prawie godzinny dojazd do pracy, to 10 godzin z dnia, gdzie nie ma mnie  w domu. Długo…

Tym samym powoli próbuję po raz kolejny ogarnąć zupełnie nową rzeczywistość, w której się znalazłam. Wypracować sobie metody działania, by było wszystko jak najłatwiej, najsprawniej i najprzyjemniej. Rano trzeba w pełnej gotowości wstać, wyszykować siebie i Bąbla, aby z Tatusiem mógł pojechać do żłobka. Następnie pobiec na autobus, by nie spóźnić się na ten czwarty z rzędu i nie stać na przystanku jak ten kołek, gdy bezcenny czas ucieka. A po pracy? Czasem trzeba coś kupić po drodze, w domu ugotować, furę naczyń sprzątnąć lub pranie wstawić, ale przede wszystkim spędzić czas ze swoim dzieckiem!

W związku z tym pozwalam sobie  na takie dni, kiedy nic nie muszę. Kiedy rzucam w kąt torbę, wszystkie trzeba, powinnam, muszę odstawiam na bok i po prostu bawię się ze swoją córką. Cała reszta przecież nie ucieknie!

IMG_2509

 

(Visited 85 times, 1 visits today)

You Might Also Like