Mój pierwszy dzień na emigracji

Pierwszy dzień na obczyźnie mogłabym opisać niczym dobrze zapowiadający się dreszczowiec, ale po ponad 10 latach stwierdzam, że ten pierwszy dzień bycia w Szkocji przygotował mnie po prostu na to, z czym przyszło mi się od tego czasu mierzyć na co dzień.

Ale zacznijmy od początku. Prawda jest taka, że nigdy nie planowałam wyjazdu za granicę, a przynajmniej nie inaczej, niż w formie wakacji. Motyw lotu do Szkocji pojawił się nagle i był dla mnie zaskoczeniem. Pamiętam, że kiedy spotkałam się z Moniką i naszą koleżanką i powiedziałam im, że wyjeżdżam, spojrzały tylko na mnie i w sumie przyjęły to do wiadomości, ale miałam wrażenie, że jakby to do nich nie docierało lub nie wierzyły, że ja naprawdę mówię i traktuję to całkiem serio.

Pamiętam, że leciałam nie istniejącymi już dzisiaj liniami CentralWings, było bardzo wcześnie rano i z całych sił powstrzymywałam łzy, gdy naszedł moment pożegnania się z Osobistym Połówkiem na lotnisku. Bo musicie wiedzieć, że u nas to było inaczej, niż przeważnie sie słyszy– to nie on wyjeżdżał, nie ja musiałam do niego dolatywać, żadne z nas nie jechało tam szukać pracy, nie szukało lepszego życia. A ja miałam wrócić po 3 miesiącach, bo przecież nasze plany, studia…

Już nie raz wspominałam, że w Szkocji wywiało nas na północ, do Aberdeen. Do dzisiaj, a minęło już ponad 10 lat, nadal nie ma tam bezpośredniego lotu z południa Polski. Pierwszy przystanek był zatem w Edynburgu. Cudowne miasto i darzę je ogromnym sentymentem. Ale wówczas, dla takiego dzieciaka jak ja, najpierw pierwszy w życiu lot samolotem a później perspektywa kolejnych 3 godzin w autokarze do jeszcze innego miasta, była ogromnie przytłaczająca. I tutaj pragnę podziękować swojemu poczuciu humoru i ciekawości świata, albowiem chyba tylko to sprawiło, że nie wybuchałam płaczem gdzieś po drodze.

I tak oto, jakoś w południe, dotarłam na miejsce.

To był zimny, wietrzny i deszczowy dzień. Na miejscu przywitał nas jeszcze wtedy stary i zaniedbany dworzec autobusowy. Szkocki akcent, który usłyszałam wprawił mnie w osłupienie, bo ni w ząb nie byłam w stanie zrozumieć, co Ci ludzie chcą mi powiedzieć. Pamiętam zagubienie, smutek, tęsknotę i ekscytację jednocześnie.

Pamiętam długą drogę do miejsca, w którym miałam się na jakiś czas zatrzymać. Wówczas ciągnęła się niemiłosiernie długo, bo każda z ulic była mi zupełnie obca. Nie skorzystałam z autobusu, bo nie wiedziałam, z którego, więc ciągnąc walizkę wybrałam się pieszo.

Wiał przenikliwy, zimny wiatr. Każdy jeden mijany przeze mnie budynek był szary, z granitu. W życiu nie widziałam tylu odcieni szarości ile w ten jeden dzień. Już nawet nie pamiętam, co wtedy pomyślałam, w myślach liczyłam jedynie na kubek gorącej herbaty i ciepłe wełniane skarpety na stopy, które zdążyły mi niemiłosiernie zmarznąć. A kiedy już dotarłam i chciałam skorzystać z łazienki okazało się, że można mieć nie tylko dwa kurki w umywalce, ale w dodatku dwa małe krany, z których leci osobno ciepła i zimna woda. I mam do wyboru – oparzyć sobie dłonie, czy oziębić je jeszcze bardziej 😉

To był czas, kiedy królowały telefony komórkowe z klapką, a kawałkiem, który nieustannie grali w radiu, był Justin Timberlake „What Goes Around…Comes Around”. Z tym kawałkiem, w słuchawkach na uszach, zasypiałam i budziłam się każdego dnia przez niemal 3 miesiące…

Odkrywałam uroki szkockiej pogody późną zimą i wczesną wiosną – deszcze padające w poziomie i przez trzy tygodnie pod rząd. Wiatr wiejący z taką siłą, że nie potrafiłam chwilami zachować równowagi – urok mieszkania w pobliżu morza i otwartej przestrzeni.

Ale był to też niesamowity i niezapomniany czas zawarcia znajomości i przyjaźni, które trwają po dzień dzisiejszy. Poznałam ludzi z niemal każdego zakątka ziemi. Uczyłam się wyrozumiałości dla innych poglądów, kompletnie odmiennego stylu życia od mojego. Zachłysnęłam się wolnością, totalną samodzielnością i świadomością tego, że tak naprawdę świat stoi przede mną otworem.

A dzisiaj zastanawiam się, czy kiedyś moja córka zdecyduje się na taki krok i wyjedzie…

 

Wpis powstał w ramach wiosennego projektu Klubu Polki na Obczyźnie. Przez cały marzec i kwiecień Klubowiczki dzielą się swoimi wspomnieniami z pierwszego dnia w nowym kraju – wszystkie historie znajdziecie TUTAJ!

(Visited 150 times, 1 visits today)

You Might Also Like

  • Storyland 14

    Dobrze ujęłaś ten śmiały krok w Twoim życiu, ciekawość świata i poczucie humoru…zdecydowanie, odważni z nas ludzie – my z dala od ojczyzny, budujący swoje życie tu i teraz. Piękny opis, buziaki ❤️

  • Bardzo odwazny krok! Ja nie mialam takich przejsc, bo jestem na semi-emigracji – troche we Francji, troche w Polsce. Natomiast opcje dwoch kranow poznalam w Anglii i do dzisiaj uwazam to za forme tortur obcokrajowcow!