Mój dom to nie muzeum

Mój dom to dom. Nie muzeum. Nie galeria sztuki. Dom. Dom, w którym wszyscy domownicy mają czuć się dobrze i swobodnie. Dom, gdzie nie płaczemy godzinę na rozlanym mlekiem lub stłuczoną szklanką. A znacie taką rozpacz?

Ja znam z dzieciństwa. I choć wiem, że gdy ja byłam dzieckiem, to były zupełnie inne czasy. Nie wszystko było dostępne w sklepach i pewnie nie jeden raz ten stłuczony talerzyk był na wagę złota. Ale jednak pamiętam. Pamiętam jaki ochrzan dostałam. Zresztą, nie tylko za talerzyk. Za stłuczone lusterko. Zepsutego walkmana czy zgubiony zegarek.

Wiem też, że to pewnie miało nauczyć mnie doceniania i dbania o to co mam. Choć dziś, daje sobie głowę uciąć, że musi być lepszy sposób na to by dzieci wiedziały, że rzeczy należy szanować. Że o to co nas otacza należy dbać.

Jednak…

Nauczyć wartości jaką mają otaczające nas rzeczy to jedno, ale na litość boską, i w tym nie można dać się zwariować. Dziś ja, chyba jak na przekór wpajanym za młodu zasadom, zdecydowanie wolę powiedzieć, że nic się nie stało, niż opłakiwać talerzykową stratę. Oczywiście jak długo, ten przykładowy talerzyk, nie został zbity naumyślnie.

moj dom nie muzeum

Wracając jednak do domu. W moim domu w związku z tym dużo wolno. Pozwalam biegać, skakać choć nie po kanapie, malować na stole bez stosu podkładek z gazety. Pozwalam swoim dzieciom na zabawę. Na swobodę, bo są u siebie. A straty… mam wkalkulowane w etap życia na którym jesteśmy. Kiedyś chodziki obijające szafki pójdą w odstawkę. Pomalowane ściany i blaty zastąpi sztaluga malarska. Kiedyś znikną te wszystkie zabawki, naścienne i podłogowe dowody na to, że w domu są małe dzieci. Więc póki są niech będą. Nie rozpaczam. I rozpaczać nie chce.

moj dom nie muzeum

moj dom nie muzeum

W przyszłym roku czeka nas duża zmiana. Wyprowadzka na większe. Gdzie w tym naszym nowym gniazdku, będziemy mieć więcej miejsca dla siebie. Ale już teraz, na etapie planowania, na pytanie od znajomej, która projektuje nam wnętrze o to co bym chciała, odpowiedziałam…

„…wiesz, chce żeby było ładnie. Ale też praktycznie, funkcjonalnie i wygodnie. Chcę by było to miejsce dla rodziny. Takiej z dziećmi. Gdzie nie muszę martwić się o zaplamioną kanapę za miliony monet czy porysowaną komodę zamówioną na designerskim portalu”.

I choć marzę o takiej właśnie komodzie (o takiej dokładnie jak ta TU), obiecuję sobie, że nigdy nie oblepię chodzika dziecka gąbkami, bo meble poobija. Nie wystawię ukochanego wózka mojego dziecka za drzwi tylko dlatego, że jeździ po dworze i ma brudne kółka. A gości nie będę ścigać, za nieściągnięte buty bo przecież pobrudzą i zarysują podłogę.

A wierzcie mi takie sytuacje znam. Widziałam. Przeżywam. I nie rozumiem. W moim domu toczy się życie, z całym spektrum jego odcieni. Ze spontanicznością wyrazu, która czasem niesie za sobą zniszczenia. Bo mi ciągle kołacze się w głowie ten talerzyk. A to przecież tylko rzecz.

Powiem, że trzeba uważać.

Ale przecież na dłuższą metę… nic się nie stało! To tylko talerzyk.

moj dom nie muzeum

PS. Wiecie, ja nadal pamiętam jaki to był talerzyk…

(Visited 310 times, 1 visits today)

You Might Also Like

  • Hania

    Na blogach wszelakich, które czasem odwiedzam i zaczytuję, co komuś w duszy gra i w głowie jest, odnajduję zapisy, które nie pozwalają mi nie odnieść się do nich choć w kilku zdaniach. Jestem jak najbardziej ,,na tak” w kwestii wpajania młodemu człowiekowi poszanowania wszystkiego tego, co otacza go bezpośrednio, jest jego własnością, podarowaną przez najbliższych lub kupioną z myślą o funkcjonalności i wygodzie domu wszystkich członków rodziny. Ale również poszanowania wszystkiego tego, co otacza pośrednio (w przedszkolu, w szkole, w pracy czy w domach innych ludzi) i jest niekoniecznie prezentem, jest czymś do końca jego. Poszanowania tego co ma i czym się otacza moje dziecko najłatwiej uczyć będą przykładem dla niego. Dodatkowo stawiam na dojrzałe rozmowy poparte mądrymi argumentami, a to wszystko winno być okraszone konsekwencją własną i małżonka. Wszakże jeżeli ja i mój małżonek szanujemy to i moja pociecha będzie szanować… Owszem to nie jest łatwe, a przede wszystkim oczywiste w każdym przypadku, acz warto w pierwszej kolejności przede wszystkim wymagać od samego siebie. Ja osobiście szanuję i uczę poszanowania moją latorośl zarówno w domu, jak i będąc w domu znajomych czy w domu rodzinnym. To, że babcia stawia granice wnuczce i nie pozwala jej malować pisakiem po blacie stołu wcale mnie nie szokuje ani nie irytuje. A wózek zawsze zostawiam w takim miejscu, aby nie zabrudzić czyjegoś czy własnego mieszkania. I wyobraź sobie, że wycieranie kół wózka nie jest mi obce. Buty zdejmujemy, bo tego zostałam nauczona w domu rodzinnym. Po prostu szanujemy jako rodzina niejednokrotnie ciężką pracę i pieniądze własne, ale i najbliższych. Nie każdemu w życiu wszystko przychodzi łatwo i może dlatego nie każdy powołuje się na argument ,,wkalkulowane w etap życia na którym jesteśmy”. Masz prawo do życia po swojemu, wychowywania po swojemu… Owszem w domowych pieleszach możemy pozwolić sobie na wiele, ale będą u kogoś na jego włościach należy uszanować jego sposób bycia, jego stosunek do dóbr materialnych. Ty nie rozumiesz postawy ludzi przesadnie ,,szanujących”… Ja nie rozumiem postawy Twojej osoby ,,dużo wolno”. Kwestia wychowania… kwestia nastawienia… kwestia ile chcę wymagać od samej siebie… Pozdrawiam Hania.

    • Hania, bardzo dziękuję za komentarz. Wiesz w ogromnej mierze się zgadzamy, bo ja też uważam, że najważniejsze to uczyć poszanowania rzeczy swoich i innych, być przykładem. O tym pisałam też np tu: http://mamorki.com/gdzie-ci-dobrzy-ludzie-ktorych-wychowujemy/ nie wiem czy mialaś okazję przeczytać. Za dobry przykład „wkalkulowanego w etap życia” niech posłuży mi moja kanapa, która z pewnością błaga o porządne czyszczenie. Ale najpierw była Starsza córa która na niej leżała, ulewała i zostawiała plamy, potem zaczęła pić swoje mleczko i kakao… i choć nie pozwalałam jej wylewać, to zdarzało się, że spadł jej kubek, że się gdzieś coś wylało. Więc wycierałam tym co jest pod ręką, ale to nie to samo co profesjonalne czyszczenie. A teraz druga jest malutka i już nie raz odbijając ją, kanapa rykoszetem dostała. Po prostu postanowiłam się tym nie zamartwiać Odczekam, bo teraz jest taki etap, że przecież i tak małej nie wytłumaczę, że na kanapę ulewać nie wolno i potem zafunduje jej (kanapie) porządne pranie. Lub ten chodzik w gąbkach co meble obija… widzisz, ja go właśnie nie musze owijać gąbkami, bo moja córa wie, że nie należy dobijać do mebli. Ale o tym, zupełnie jak Ty rozmawiałyśmy. Tłumaczyłam kiedy było trzeba. Mi chodzi o drugą skrajność. O to jak czasem afera o tak błahą rzecz jak ten mój przytaczany talerzyk, potrafi zostać w pamięci na całe życie. A to wybacz… nadal będę uważać, że nie warto. Bo to tylko talerzyk (taki domowy, rzecz jasna, nie u kogoś w gościnie).

  • Pingback: Spokojnych (PRZED) Świąt! - MAMORKI.com()