Mleko, gluten, marchewka – rozszerzamy dietę

Moment rozszerzania diety dziecka, choć długo wyczekiwany, spędza sen z powiek niejednej mamie. Niby w zanadrzu już czekają świeżutkie marchewki, w lodówce leży brokuł lub słodki ziemniaczek, ale wcale nie koniecznie chcemy się od razu rzucić na te warzywa z mikserem. Podchodzimy do tematu z namysłem i dystansem, bo to przecież nie jest prosta sprawa. Mleko to mleko, niezależnie czy mleko mamy czy modyfikowane, zdążyłyśmy już opanować trudną sztukę karmienia dziecka. Ale jedzenie? Takie prawdziwe jedzenie? Od momentu skończenia przez dziecko szóstego miesiąca, zaczynają się jedzeniowe schody, które jakoś musimy pokonać. Czasem powoli pojedynczo, czasem po dwa naraz, a czasem wręcz schodząc w dół, by ponownie podjąć wyzwanie.

Jeśli wśród Was są osoby, które z wykształcenia wiedzą coś więcej w temacie żywienia człowieka, to mogę tylko pozazdrościć. Mój własny jadłospis pozostawia zapewne wiele do życzenia, a tu nagle muszę zadbać o to, by dziecku zaszczepić zdrowe nawyki i przyzwyczajenia. I jak tego dokonać? Oczywiście możemy przeczytać tonę książek, artykułów i wpisów na blogach podobnych do tego, ale przede wszystkim, trzeba wziąć głęboki oddech i pozwolić sobie na wspólne odkrywanie z dzieckiem tej jednej z największych przyjemności w życiu 🙂

A od czego zacząć?

Obecnie chyba od decyzji w jaki sposób chcemy rozszerzać dietę. Można w wersji, którą nazywam klasyczną, zgodną ze schematem żywienia, wprowadzając przecierki, zupki i karmiąc malucha łyżeczką. Można pokusić się o coraz modniejsze BLW (czyli Baby Led Weaning) podając dziecku zamiast zupek, całe kawałki gotowanych warzyw czy miękkich owoców, które szkrab sam zjada rączkami (czego podjęła się Diana – więcej TUTAJ), lub zmiksować jedno z drugim i stworzyć własną ścieżkę rozszerzania diety.

Ja wybrałam wersję klasyczną. Nie zgłębiając tematu rozszerzania diety malucha wcześniej, właściwie była to dla mnie jedyna metoda. Nie zdążyłam się odpowiednio wyedukować, by podjąć się BLW, a ja bez tego ani rusz. Poza tym, co ponoć bardzo błędne, ale miało u mnie miejsce – panicznie bałam się, że moja Madzia się zadławi kawałkiem jedzenia. Nadal się boję, ale przecież ponad roczne dziecko musi normalnie jeść, więc mimo, że z trwogą, oczywiście już od jakiegoś czasu wcinamy całkiem normalne jedzenie (normalne czyt. w kawałkach, niezmiksowane). Czemu z trwogą? Otóż ja sama przede wszystkim strasznie boję się zadławienia. Ponoć jak byłam mała, chciałam udusić się landrynką. Sytuacji zupełnie nie pamiętam, ale podświadomy strach mi pozostał. A obecnie dotyczy on również mojego dziecka.

Na pierwszy ogień wzięłam gluten. Głównie dlatego, że to tutaj zalecano u dzieci karmionych piersią wprowadzanie niewielkich dawek nie wcześniej niż w piątym miesiącu, ale nie później niż w szóstym miesiącu życia dziecka. Ekspozycja na gluten, zgodnie z ówczesnym wytycznymi miała trwać dwa miesiące, a zalecenie dotyczące tego, by zacząć już w piątym miesiącu, związane było głównie z tym, żeby w tym czasie karmić dziecko jeszcze naturalnie. Jako, że kobiety najczęściej karmią do szóstego miesiąca, można sobie odpowiedzieć, skąd takie zalecenia. Jak ktoś dłużej karmi, może oczywiście podjąć się tematu odpowiednio później.

Czy powolne wprowadzanie glutenu ma sens czy też nie, ja sama nie wiem. Jeśli jesteście zainteresowane, zachęcam do obejrzenia materiałów na ten temat, i same zdecydujcie 🙂 .

http://dziendobry.tvn.pl/wideo,2064,n/czy-bac-sie-glutenu-w-diecie-dziecka,149848.html

http://pytanienasniadanie.tvp.pl/17627226/nowe-zasady-zywienia-dzieci

W każdym razie, co z tym glutenem?

Rzecz niby prosta, a zabierałam się za to jak saper za rozbrajanie miny. Gluten pod postacią kaszki można było podawać na dwa sposoby – dodając do np. marchewki (ale jak tu do marchewki, skoro jeszcze nie podałam marchewki) lub tak po prostu, jako kaszkę. Wybrałam opcję samej kaszki. Z przyrządzaniem tej mikroskopijnej ilości szło mi jeszcze gorzej. Najpierw, nie chcąc podawać dziecku innego mleka niż moje, walczyłam ze zwykłą kaszą manną gotowaną na wodzie (tu znowu, jakie proporcje zastosować i jak ugotować 30ml?!?!). Potem, po licznych konsultacjach zdecydowałam się na najzwyklejszą, dostępną na półce z jedzeniem dla dzieci mleczną kaszkę mannę i po prostu w 30ml wody rozpuszczałam łyżkę kaszki – i ot, tak skończyło się moje filozofowanie w temacie. Wiem, że gluten można też wprowadzać po prostu w formie skupionej – jak skórka od chleba czy makaronik, ale ja nie byłam na to jeszcze gotowa.

Bardzo możliwe, że chcąc najpierw wprowadzić gluten do diety dziecka sama sobie utrudniłam sprawę, bo rzeczywiście – można by trochę kaszki dosypać do zupki i po sprawie. No ale cóż, wybrałam bardziej krętą ścieżkę, aż by się chciało napisać – rozwoju kariery, ale tu nie o karierze zresztą, kucharz ze mnie niestety marny.

Pierwszą łyżeczkę marchewki mała Madzia miała okazje spróbować w połowie szóstego miesiąca. Nie wiem czy to ja nie byłam bardziej podekscytowana tym faktem niż ona, w każdym razie był to milowy krok. Czemu marchewka poszła na pierwszy ogień? Wiadomo, po przeczytaniu tony artykułów tak właściwie nie mogłam inaczej. Dziecko najpierw powinno przyzwyczaić się do smaku warzyw, w następnej kolejności słodkich owoców. I ta zasada mi przyświecała, choć wyjątkiem od reguły stało się u nas jabłko, SUROWE, które to najlepiej odwracało zatwardzające skutki wcinania marchewki 🙂

Przez jakiś miesiąc czy dwa, jeszcze dosyć skrupulatnie zastanawiałam się i myślałam o tym, co dziecku podać do zjedzenia. Założyłam sobie, że będę podawać to co znane z nieznanym – czyli jak marchewka to potem z ziemniaczkiem, potem ziemniaczek z cukinią, cukinię z dynią, by potem wymieszać wszystko na raz wg mojego własnego widzi mi się. Gdy czytałam, jak długie odstępy między wprowadzeniami nowych pokarmów zalecają co po niektórzy to pomyślałam, że to przecież chyba do 3 roku życia się nie wyrobimy! Także i tu mimo wszystko pozwoliłam sobie na małe, swoje własne modyfikacje. I zachęcam Was wszystkie do tego! Fajnie, że dostajemy pewne ramy, w których możemy się obracać. Jakieś wytyczne, do których można się odnieść, ale nie można dać się zwariować. Mnie samą na początku chyba trochę poniosło 🙂

O innych zmartwieniach związanych z karmieniem – w kolejnym wpisie. Bo gdybym wszystko miała ująć tutaj, nie dobrnęlibyście do końca! Ale już z góry zapraszam! Ciąg dalszy nastąpi!

pyszny był posiłek

(Visited 348 times, 1 visits today)

You Might Also Like