Mama dojrzewająca

Mama jest jak kwiat- nasionko zostaje zasadzone i z każdym dniem roślina rośnie, pięknieje. Korzenie dają solidne fundamenty na przyszłość, by stać się silną i stabilną podporą dla siebie i dziecka. Ale w całym tym procesie dochodzi również do innych zmian. Tych w środku, których na zewnątrz, gołym okiem, nie widać.

Jako mama, którą jestem ledwie dwa lata, muszę przyznać, że chyba jeszcze nigdy – w całym moim życiu- nie targało mną tyle emocji, co przez te ostatnie niemal 24 miesiące. Ogrom tego, co czułam i jak wpływało to na moje zachowanie, spojrzenie na świat i siebie jako mamę, chwilami mnie zwyczajnie przerastał. Ale dzisiaj, z perspektywy tych kilkudziesięciu miesięcy wiem, że było to wszystko potrzebne. Pozwoliło mi dojrzeć jako mama. Przynajmniej na tym etapie, w którym teraz jestem.

Począwszy od momentu zajścia w ciążę, skończywszy na sali porodowej, gdzie w bólach i strachu czekałam, aż moja córka pojawi się na świecie, czułam całą sobą, że już kocham. A kiedy miałam już ją w ramionach, nie potrafiłam przestać tulić i całować. Wpatrywałam się w jej buzię, głaskałam i szeptałam czule do ucha. Nie spałam przez pierwsze pięć dni wogóle; walka o karmienie piersią, adrenalina i emocje zwyczajnie mi nie pozwalały. Wiem, brzmi bardzo infantylnie i niemożliwie, ale tak właśnie było. Takie były nasze początki. Najpiękniejsze, choć nie przespane.

Bycie tak przywiązaną mamą jest czymś wyjątkowym. Wiedziałam jednak, że z każdym kolejnym tygodniem i miesiącem będzie mi coraz trudniej choć odrobinę się zdystansować. Wrzucić samej sobie na luz, dać sobie odetchnąć i pozwolić na chwilę wytchnienia bez dziecka obok. Świadomość, że nie byłoby mnie w pobliżu córki, poniekąd mnie paraliżowała. Byłyśmy nierozłączne. I ze względu na karmienie i ze względu na silną potrzebę bycia przy sobie.

Najtrudniejsze dla mnie w tym wszystkim było chwilami brak zrozumienia u innych, dlaczego mam się jako mama właśnie tak, a nie inaczej. Szukałam na blogach słów, które pomogą mi zrozumieć to całe matczyne szaleństwo i utwierdzą mnie w przekonaniu, że to normalne, że nie oszalałam, a syndrom „baby brain” nie ma z tym nic wspólnego. Niestety, na próżno. Trafiałam za to na teksty, które tylko dołowały mnie jeszcze bardziej, chociaż ich cel był kompletnie odwrotny.

Namawiały bowiem i wiem, że w dobrych intencjach, by w całym tym macierzyństwie nie zapominać o swoim hobby, pasjach. Przekonywały usilnie, że powrót do pracy jest świetny a matki, które z nieskończoną miłością wolą wpatrywać się w swoje dziecko i być z nim nie dlatego, że muszą, ale dlatego że chcą i są szczęśliwe, po prostu oszalały i mleko uderzyło do głowy. W internecie i tv dominowały babeczki, które wpisywały się w akcję pt. „sexy mama”, podczas gdy mnie było bardzo daleko do tego. Początki przecież nie mają nic wspólnego z byciem sexy.

matka, matka dojrzewająca, matka i dziecko, rozkminy matki

Nie było nigdzie miejsca na to, by pozwolić mamie być po prostu mamą. Przez chwilę, lub dłużej ale mamą. Z całą tą matczyną miłością, czułością, troską i nieskończonym chceniem, by móc być przez ten czas tylko dla siebie i dziecka. Bez obaw o to, że zostanie posądzona o obłęd w oczach.

I kiedy napisałam tekst o moich trudach w rozstaniu z dzieckiem („Rozstanie z dzieckiem moją zmorą. Zwariowałam?”) nagle okazało się, że nie jestem z tym problemem jedyna. Boże, jaka to była ulga! Że jednak nie postradałam do końca zmysłów, to nie tylko moja przypadłość i mierzy się z tym więcej kobiet. To było budujące wiedzieć, że ktoś jednak rozumie, współodczuwa, nie ocenia i nie dziwi się.

Dzisiaj wiem, że te początki były mi potrzebne. Musiałam przejść przez pewne etapy, by znaleźć się w tym miejscu, w którym jestem. A jestem pewną siebie mamą, która dojrzała do kolejnych, odważnych dla mnie samej, decyzji. Dojrzałam do tego, by podjąć się kolejnych wyzwań.

Dojrzałam do rozstania z dzieckiem na dłużej niż kilka godzin. Tak, będzie mi z tym nadal ciężko i będę tęsknić ale jestem optymistką i wierzę, że spokojnie obie damy sobie radę.

Nie panikuję już na myśl, że mnie przy niej nie będzie w każdej możliwej chwili. Dojrzałam do tego, by zaufać innym, którzy będą kiedyś sprawować opiekę nad córką. Co jeszcze jakiś czas temu wywoływało we mnie niemożliwie wielki sprzeciw i krokodyle, histeryczne łzy.

Dojrzałam, by znów zacząć myśleć o sobie. Nie wtedy już na początku, kiedy moje dziecko tak bardzo potrzebowało mojej uwagi i obecności na każdym kroku ale teraz, kiedy jest już na tyle dużą dziewczynką, by rozumieć, dostrzegać i mieć – mamę szczęśliwą i zadowoloną z siebie i życia, co nam obu może przynieść sporo ciekawych wrażeń i doświadczeń.

Na wszystkie zmiany, które we mnie zachodzą jako matce, zwyczajnie potrzebuję czasu. I myślę sobie, że to aż niemożliwe, bym była w tym aż tak bardzo odosobniona. Niezależnie, czy dotyczy to uczuć czy podejścia do siebie, dziecka i macierzyństwa tak w ogóle. Matka, jak ta roślina, potrzebuje słońca, ciepła, wody i powietrza. Wszystkie te składniki może dać dziecko, rodzina i przyjaciele oraz przestrzeń i zrozumienie, jakim zostanie obdarzona. Jak ta roślina, potrzebuje czasu by dojrzeć do kolejnego, kolejnego i jeszcze kolejnego kroku naprzód.

Nie chcę wpisywać się w jakieś ramy, w które przez ostatnie lata próbują mnie wcisnąć tu i ówdzie. Nie jestem zafiksowaną mamą, która świata poza dzieckiem nie widzi. Ale też nie pójdę totalnie w drugą stronę i nie powiem, że łatwo mi jest rozstać się z dzieckiem, do pracy wracam jak na skrzydłach i że nie lubię rozmawiać o dzieciach. Mój wewnętrzny system matczynego instynktu mówi mi, że robię wszystko tak, jak należy i w czasie, który odpowiada nam obu, dziecku i mnie. Mimo wielu wątpliwości, przeciwności i zmartwień po drodze.

Mama dojrzewa. Dziecko dojrzewa. Spójna całość,  której mam szczęście być częścią. Która cały czas funduje mi nauki o sobie samej i udowadnia, że wszystko ma swoje miejsce i czas.

(Visited 361 times, 1 visits today)

You Might Also Like

  • Małgorzata Sulewska-Czarnecka

    W pełni się zgadzam z tytułowym porównaniem. Nie ważne jakie emocje towarzyszyły nam przy wiadomości, że będziemy mieć dziecko. Kiedy nasionko zaczyna kiełkować, powoli zaczyna się uruchamiać silna więź. Nie znam kobiety, która spodziewając się pierwszego dziecka byłaby pewna, że będzie idealną matką. Myślę, że jest wręcz przeciwnie. Sama dopiero po odczuciu pierwszych kopniaczków w brzuchu poczułam, że w końcu zaczęła we mnie rodzić się miłość i przywiązanie. Być może znajdzie się grono osób, które mnie za to potępią, ale naprawdę nie czułam się matką jeszcze przez kilka pierwszych tygodni życia mojej córeczki. Wynikało to głównie ze strachu, nie tylko przed zbliżającymi się obowiązkami, ale też z tego, że może coś się złego wydarzyć i ją stracę. Dzisiaj już wiem, że moje dziecko jest dla mnie najcenniejsze na świecie. Zrozumiałam to pod koniec trudnej ciąży. Odkąd urodziłam córeczkę ciągle wpatruję się w nią jak w obrazek. Jest moją największą muzą i słodkim polepszaczem humoru w gorsze dni. Codziennie uczymy się nawzajem – ona jak być córką, zaś ja jak być matką. Myślę, że rolę, którą otrzymałam będę ćwiczyć i rozwijać przez całe życie:)

    • Żadnego potępienia, Gosiu. Nasze odczucia są tak indywidualne, jak każda z nas jest. Nie mówiąc o tym, że pierwsze tygodnie są ciężkie i uczymy się dopiero radzić ze sobą samą naszymi emocjami a tu jeszcze jest mały człowieczek, który dopomina się tak wielkiej uwagi. To bywa bardzo obciążające i potrzeba czasu, by sobie to wszystko we własnym świecie i głowie należycie poukładać.
      Pięknie to opisałaś 🙂

  • Pingback: Mama oswojona, czyli mój weekend w Bristolu()