Marcin Prokop – „Longin. Tu byłem”

Jeśli szukacie książki, która jest lekka, przyjemna i z poczuciem humoru, a w dodatku czytając ją, wracacie wspomnieniami do okresu swojego dzieciństwa i robi Wam się ciepło na serduchu na samą myśl o minionych koloniach, wycieczkach z rodzicami i pierwszych miłosnych zauroczeniach? No to mam dla Was podpowiedź.

Czy jest ktoś, kto nie kojarzy tego wysokiego, szczupłego, z nogami do nieba i sympatyczną twarzą z lekkim zarostem pana, który występuje w telewizji i przeważnie kipi inteligentnym poczuciem humoru? Tak, mowa o Marcinie Prokopie. Lubię faceta, bo jest w nim to, co lubię w facetach tak w ogóle – inteligencja, poczucie humoru i umiejętność wyrażania, formułowania myśli.

I ten właśnie osobnik napisał książkę, o której chciałam Wam tutaj kilka słów popełnić  i przekonać jednak trochę, że warto po nią sięgnąć i przeczytać. A że czyta się szybko i przyjemnie, to dodatkowy motywator do sięgnięcia po dzieło Pana Prokopa „Longin. Tu byłem”.

W zasadzie to jest już druga część o przygodach Longina, pierwszej jeszcze nie miałam okazji przeczytać. Tą dorwałam jako pierwszą tylko dlatego, że dostałam ją w prezencie od przyjaciółki. Dzięki temu, 2,5 godzinna droga powrotna z lotniska w Glasgow do miasta, w którym mieszkam, minęła w oka mgnieniu. Chwała jej za to 🙂

"Longin. Tu byłem", Marcin Prokop

O czym jest „Longin. Tu byłem”

Marcin, czyli tytułowy Longin to nastolatek, który z chłopięcym wdziękiem i dawką poczucia humoru, opowiada o swoich przygodach, Bracholu, rodzicach i pozostałych członkach rodziny.

Na samym początku książki zabiera nas do Paryża i już po drodze napotyka dziwnego policjanta, który zatrzymuje ich na granicy, i który zdaje się, chyba chciał zjeść ścinki wedlowskiego tortu mamy Longina.

Zwiedzamy z Longinem Paryż, stoimy w kolejce na Luwr, zwiedzamy Łuk Triumfalny i Wieżę Eiffla. I tylko żałuję, że dopiero teraz dowiedziałam się, że zostawiał po sobie ślady w formie wyrycia na murach swoim scyzorykiem „Longin. Tu byłem”. Znając siebie, nie spoczęłabym, dopóki bym tego nie znalazła, więc może to i dobrze dla zdrowia i ogólnego dobrego samopoczucia Osobistego Połówka 😉

Towarzyszymy Longinowi w wyjeździe na wakacje na Mazury z wujkiem i babcią, gdzie próbuje rozkręcić swoje pierwsze interesy i zarobić pieniądze na własne zachcianki a wszystko to okraszone sporą dawką humoru. Okazuje się bowiem, że babcia jest mocno zakręcona na punkcie kościoła i księży, a wujek to wolny duch i dobry kompan do rozmów, który kiedyś księdzem miał zostać.

Jedziemy również z Longinem nad morze, na kolonie. Ach, przygodo! Mieć przy sobie kumpli, zabawnego opiekuna kolonii, który myli trening wojskowy z wakacjami grupy dzieciaków ale ile frajdy! Do tego nauka pokazania, że nikt nie będzie się z nas naśmiewał, a na deser zielona noc, smak pierwszego papierosa i szybsze bicie serca na widok kolonijnej koleżanki.

„Longin. Tu byłem” to powrót do naszej dziecięcej przeszłości

To tak po krótce, bo cała książka to przyjemny i lekki powrót do przeszłości dla nas, rodziców. Wspomnienia Marcina Prokopa spisane jako opowiadanie pełne jest psot, figli, zabawnych sytuacji i prześmiesznych dialogów. Smaczku całości dodaje fakt, że dzieje się to w czasach PRL-u, kiedy nie było łatwo o dostęp do większości produktów w sklepie, a wyjazd za granicę wiązał się ze złożeniem prośby o zgodę na wydanie paszportu, chociaż koniec końców tylko niektórzy mieli okazję gdziekolwiek się udać. Dzięki zaradności taty, Longinowi i jego rodzinie poszczęściło się.

W książce pełno jest odniesień do tego, jak było w tamtych czasach. I ba, śmiem twierdzić, że pomimo różnicy wieku między mną a panem Marcinem (7 lat, więc w sumie nie aż tak dużo), pamiętam wiele z tego, o czym sam pisze. Zabawę w kapsle, kolory i gumę do skakania. Psy „Reksio”, które w samochodach umieszczone na tylnych szybach przerażająco kiwały głową na wszystkie strony. Kasety magnetofonowe z piosenkami Fasolek (a później jeszcze Tęczowy Music Box i Natalia Kukulska).

Pamiętam zatłoczone wagony pociągowe, bo sama miałam przyjemność nimi jechać z rodzicami nad morze. I do dzisiaj dostaję gęsiej skórki na wspomnienie mnie i mojej mamy siedzących w przedziale i tą niepewność, czy mój tata też dostanie się do środka, czy pojedziemy same z całym naszym bagażem.

Pamiętam mundurki szkolne, chociaż u mnie to raczej były obowiązkowe fartuszki i broszki z nr szkoły, pamiętam zupy mleczne, a filmy z Louisem de Funesem do dzisiaj oglądam w telewizji.

A kolonie, to cała masa wspomnień! Czytając o przygodach Logina i jego kumpli na koloniach od razu nasuwały się w mojej głowie kolejne i kolejne sentymentalne uczucia. Jedyna różnica między mną a Longinem, czyli Marcinem jest taka, że ja jeździłam na nie bardzo niechętnie, ale wracałam przeważnie przeszczęśliwa i zakochana. Tak tak, pierwszy tydzień to był przeważnie dramat i błagalne telefony o zabranie mnie z tego koszmaru, aż nagle boom! Diana zakochana, nigdzie nie wraca, jest w siódmym niebie 😉

Na końcu książki jest przygotowany słowniczek dla młodszych czytelników, w którym wytłumaczone są znaczenia wytłuszczonych u góry rzeczy. Nie każde dzisiejsze dziecię wie, jak to kiedyś było i co to jest guma do skakania. Swoją drogą, aż chciałabym kiedyś móc poskakać w nią z własną córką.

"Longin. Tu byłem", Marcin Prokop

„Longin. Tu byłem” to powrót do przeszłości. Dla całej rodziny.

Książka jest ładnie wydana, lekka, więc nie zabiera zbędnych kilogramów w torbie podręcznej, a z pewnością umili podróż. Do tego zabawne ilustracje Joanny Rusinek i ogromna dawka poczucia humoru Marcina Prokopa, którego sposób opowiadania o swoich przygodach jest tak lekki, że chłoniemy słowo za słowem i zaśmiewamy się przy okazji pod nosem. Czytając ma się nieodparte wrażenie, że Longin to chodzący wieczny optymista, jego usposobienie zawsze jest wesołe, bo w żadnej sytuacji nie opuszcza go poczucie humoru.

Idealna lektura dla trochę starszych dzieci, zwłaszcza chłopców, którzy znaleźliby w Longinie swojego kumpla z podwórka i kibicowali mu w kolejnych pomysłach i przygodach. Ale i dziewczyny znajdą coś dla siebie, w końcu my babki nie jesteśmy gorsze w wygłupach i nabijaniu się z rodzeństwa, a wspomnienia wakacyjno-kolonijne potrafimy mieć równie ciekawe i intrygujące, co chłopcy!

Dzieciaki odnajdą w niej opowieść o przyjaźni, lojalności i wyzwaniach, jakie niosą za sobą bycie nastolatkiem.

Dorosłych, podczas czytania, dogonią własne wspomnienia z dzieciństwa.

Najfajniejsze jest to, że całość umieszczona w okresie PRL-u, którego nasze dzieci nie znają i mogą nie rozumieć, ale poznają bliżej  i w bardzo delikatnie podsuniętej formie. Umieszczony na końcu sprytny Słowniczek wyjaśnia co Longin miał na myśli, mówiąc o Smutnym Panu w Okularach albo o aparcie Zorka 4K. Dzieci z ery smartfonów i tabletów mogą na chwilę wyobrazić sobie, jak wyglądało dzieciństwo ich rodziców, bez tych wszystkich dostępnych teraz na każdym kroku technologicznych cudów.

Masz wolny wieczór? Czeka Cię dłuższa podróż? Zaśmiej się, popraw sobie humor. Przeczytaj i uśmiechaj się pod nosem.

"Longin. Tu byłem", Marcin Prokop

 

(Visited 114 times, 1 visits today)

You Might Also Like

  • Bardzo chciałam przeczytać tę książkę. Niestety nadal nie miałam okazji 😉

    • Kochana, zapewne gdyby nie trasa Glasgow-dom, też wciąż leżałaby na półce 😉

  • Marcina Prokopa uwielbiam, więc książkę muszę zdobyć jak najszybciej!:)

    • Tylko zacznij sobie od pierwszej części, chociaż może nie ma to jakiegoś większego znaczenia 🙂 Ja też muszę nadrobić tą drugą 🙂