Mamo, jak boli poród? I czy opowiadając o porodzie można nie straszyć?

Zakładam, że nie ma kobiety, która by choć raz w życiu nie zastanawiała się jak boli poród. Oczywiście jeszcze zanim będzie miała okazję przekonać się o tym na własnej skórze. Ja pewnego dnia postanowiłam o to zapytać mamę, no przecież dwójkę dzieci urodziła, z pewnością coś wie. Od klarownej odpowiedzi wymigała się jednak pewną anegdotą.

Otóż…

Okazuje się, że nie tylko ja wpadłam na wspaniały pomysł podpytania mamy o to, jaki właściwie jest to ból. Córka jednej znajomej mojej mamy również stwierdziła, że to najlepsze źródło informacji i zapytała swoją mamę jak ten poród właściwie boli. Jej mama kreatywnie odpowiedziała, że tak, jakby jej na żywo zęba wyrywali (co o tym myślicie?). Lata później, córka wróciła do mamy ze sprostowaniem, jak już urodziła swoje dziecko. Powiedziała: „Mamo, nie jak jednego zęba, jak całą szczękę!”.

O bólu w trakcie porodu nie można nic uniwersalnego powiedzieć, poza tym że będzie. Bo każdą z nas boli inaczej. Jedne z nas mniej, drugie bardziej. Ale boli. I to nie jest straszenie. To jest najprawdziwsza prawda. Jeśli ktoś mówi, że nie bolało, to na 99,9% kłamie, miał idealnie podane znieczulenie lub należy do tego 0,1% herosów, które może rzeczywiście jakimś cudem nie boli. Bo poród, jak to uniwersalna prawda głosi, po prostu z założenia i swojej istoty boleć musi. Nawet na tzw chłopski rozum, jak ma nie boleć przyjście na świat małego człowieka przez tak niewielki otwór? No jak? Nawet fizjologia w tym temacie nie pozostawia wątpliwości.

Zupełnie inną kwestią jest, jak sobie z tym bólem poradzić i czy w ogóle można. Istotne również jest to, żeby uświadomić sobie ile jeszcze innych czynników wpływa na to, czy boli nas bardziej czy mniej. A opowiem Wam z doświadczenia, że strach przed bólem, może sprawić, że będzie nas boleć jeszcze bardziej! I choć po pierwszym porodzie wyklinałam wszystkie szkoły rodzenia, te ich oddechy, piłeczki, drabineczki i inne takie, tak teraz choć w pewniej części zwracam honor. Jednak to nie to uratowało mnie przed powtórką z rozrywki. I w żadnym wypadku nie sprawiło, że bólu było mniej. Był inny. Do pewnego momentu opanowany… a co potem, no cóż. Natura moje kochane.

Jak już wspominałam we wcześniejszym wpisie na temat porodu fizjologicznego, gdy na świat przychodziła moja pierwsza córka, nie miałam dodatkowo opłaconej położnej. Z perspektywy czasu pewnie lepiej było jednak zainwestować. Czemu? Ponieważ gdy trafiłam na salę porodową, byłam zasadniczo sama. Znaczy bez fachowej opieki, bo Mężuś miał tę wątpliwą przyjemność w procederze uczestniczyć. Położna, jak położna na dyżurze wpadała co jakiś czas sprawdzić postęp akcji i tyle ją widziałam. Z bólem miałam umieć poradzić sobie sama.

Tymczasem nie umiałam. Nie wiedziałam jak. I choć uczestniczyłam w zajęciach ze szkoły rodzenia, zdawało się, że nic nie działa. A to ja, tak sparaliżowana strachem tak właściwie sama ten ból potęgowałam. Bo widzicie kiedy nadchodził skurcz, zamiast jak to na tych szkołach głoszą, próbować rozluźnić się i oddychać, spinałam się jeszcze bardziej. I tak, dobrze czytacie ROZLUŹNIĆ się i ODDYCHAĆ! Że się da, miałam okazję sprawdzić za drugim razem. A tak, już przy 3 centymetrze modliłam się o anestezjologa, rozważając w między czasie inne metody, którymi mogłabym ukrócić swoje cierpienia.

I to właśnie dlatego czasem zastanawiam się czy wtedy pomogłaby mi obecność położnej. Takiej co jest tam dla mnie, ze mną i umie odpowiednio poprowadzić nie tyle poród, co mnie przez niego. Czy potrafiłabym aż tak zaufać i słuchać się takiej położnej, nie wiem. Bo przy drugim porodzie, choć bez męża przez większość czasu, miałam zupełnie inne wsparcie.

Miesiąc temu, gdy rodziłam Młodszą Młodą miałam to szczęście, że towarzyszyła mi przez cały czas położna, której nikt nie mógł zastąpić. Moja kuzynka, którą siłą rzeczy znałam wcześniej i do której miałam zaufanie. A i kto wie, może właśnie to działało na mnie motywująco bo przy niej nie chciałam wyjść na AŻ takiego mięczaka? W każdym razie, do pewnego momentu ból naprawdę udawało mi się opanować. Jak?

Za najlepszy wynalazek uważam sale porodowe, w których jest wanna. Woda potrafi zdziałać cuda, ale też tylko, jeśli będziemy pamiętać by oddychać. Dodatkowo nie spinać ciała. Bo wtedy nic nie pomaga. Niestety z wody nie można korzystać po podaniu znieczulenia, więc wtedy zostają inne metody. Zadziwiająco dobrze odebrałam tym razem piłkę na którą za pierwszym razem nawet spojrzeć nie chciałam. I gaz… gaz rozweselający też robił swoje. Nie wiem czy rozweselał, ale wymuszał swojego rodzaju regularne oddychanie, wdech i wydech co samo w sobie było pomocne. Niestety gaz nie wszędzie jest dostępny. Warto na to zwrócić uwagę. I tak, udało mi się w miarę bezproblemowo dotrwać do znieczulenia.

Znieczulenie uważam za fenomenalny wynalazek, choć… o ile uratowało mnie za pierwszym razem, tak teraz miałam okazję przekonać się, że i znieczulenie może nie do końca zadziałać. Wiecie, że zdarza się, że podane, nie znieczuli jakiegoś fragmentu naszego ciała? I o ile ból, który odczuwałam przez nieznieczulone biodro i pachwinę dało się znieść w okolicach 7cm, tak im dalej w las, tym gorzej… Jak dużo gorzej, już zostawmy między wierszami!

Poród boli. Po prostu. Jednak można nad nim, przynajmniej do pewnego momentu zapanować. Postarać się go choć odrobinę okiełznać. Jedno natomiast z tym bólem jest pewne. Otóż on mija jak ręką odjął! Poród się długo rozkręca, ma swój punkt kulminacyjny a potem nie ma już nas sprzed przyjścia na tę salę. Potem jest już mama. Z bólem porodowym jedynie w pamięci, a którego wspomnienie, i tu możecie mi wierzyć, blednie w piorunująco szybkim tempie.

Blednie tak, że mamy jeszcze kolejne dzieci. Co jest chyba najlepszym dowodem na to, że co nas nie zabije, to nas wzmocni. A nawet jak nie wzmocni, to po prostu odejdzie w niepamięć. Bo dziś, trochę ponad miesiąc po porodzie, już Wam nie powiem JAK to boli. Już nie pamiętam.

jak boli poród

(Visited 1 825 times, 1 visits today)

You Might Also Like

  • Moje refleksje dotyczące bólu porodowego: 1. To boli bardzo – ale niesamowite jest to, że po urodzeniu po prostu przestaje boleć. Następnego dnia to już w ogóle spoko (o ile nie ma się jakichś poważnych uszkodzeń ale ja nie miałam)
    2. Zaskoczyło mnie to, że druga faza (parcie) juz tak nie boli jak to cholerne rozwieranie
    3. U mnie wanna się nie sprawdziła!!! Zupełnie siadła mi akcja porodowa przez nią. Przy następnym porodzie juz do nie wejdę.
    4. Miałam od 7-9cm przez dwie godziny znieczulenie i to bylo fajne, odpoczęłam troche a i tak zaznalam w pełni uroków rodzenia siłami natury. Przed porodem bardzo się przed tym broniłam, ale myślę że niepotrzebnie.
    5. Mama mnie nie straszyla, a ja mojej córki tez straszyć nie będę. Bo bol to nie jedyny wymiar porodu! Jest to tez dosyć dowartościowujące przeżycie 😊

    • Basia, nieźle to wypunktowałaś 🙂
      1 – Niesamowite to, a jednak! Po prostu nagle, rodzi się dziecko i przestaje boleć.
      2 – oj taaaak!
      3 – jak widać każdy reaguje inaczej i musi na sobie przetestować. Chyba, że można by to podciągnąć pod to, że tak ta woda Cię rozluźniła, ha!
      4 – ja jestem za znieczuleniem całą sobą. Powinien to być standard. Razem z anestezjologiem dostępnym dla porodów naturalnych a nie, jak już wszystko inne będzie załatwione.
      5 – Cokolwiek by nie powiedzieć, to nie straszenie, dobrze wiedzieć, że to boli i już. Ale mega ważne są te inne wymiary porodu.

      • Karolina

        Mi położna powiedziała, że woda może opóźnić akcje porodowa. Miałam nieregularne skurcze przez baaaardzo długi czas i odradziła korzystanie z wanny:)

        • Brzmi sensownie. W końcu woda ma takie właściwości. Pewnie dlatego też każą wejść do wanny czy pod prysznic i sprawdzać jeszcze w domu czy skurcze wtedy nie przejdą, bo może są to tylko skurcze przepowiadające. Ja dwa razy korzystałam z wanny i jakbym kiedykolwiek jeszcze miała rodzić, skorzystałabym jeszcze raz. Nawet za cenę godzinę dłuższego porodu 🙂

  • Pingback: Skurcz czy nie skurcz? W gąszczu objawów zwiastujących poród. - MAMORKI.com()