Mama oswojona, czyli mój weekend w Bristolu

Nie było moim zamiarem być na początku matką kwoką. Nie planowałam też wypłakiwać sobie oczu na samą myśl o rozstaniu z dzieckiem. Ale widocznie musiałam przejść przez te etapy, by być teraz w tym miejscu, w którym jestem i by móc powiedzieć – oswoiłam te demony. I wiem, że Ty też dasz sobie z tym radę.

Mój weekendowy wyjazd do Bristolu okazał się być tym, czego potrzebowałam akurat teraz. W momencie, w którym poczułam gdzieś w środku, że już najwyższy czas. Zebrać się w sobie, dać sobie czas i wolne od tego, co na co dzień zajmuje niemal całe moje matczyne jestestwo. I nie myślę o tym w kategoriach „zasłużyłam”, ale po prostu – chciałam choć przez chwilę odpocząć, złapać na nowo wiatr w żagle, zatęsknić. I przede wszystkim – docenić, że mam do kogo wracać i że ktoś na mnie bardzo czeka.

Pomysł wyjazdu padł dawno temu, wymagało to bowiem ścisłej organizacji i współpracy kilku osób. Motyw wyjazdu bynajmniej nie dotyczył mnie jako strudzonej wychowywaniem Kochanego Dziecięcia matki ale osoby, która mamą dopiero zostanie. Taka ot, niespodzianka. Szczegółów zdradzać nie będę, pozwolicie, ale myślę, że udało nam się zrobić coś, co przyszła mama zapamięta jako coś naprawdę fajnego i wyjątkowego.

Matka helikopter

Kiedyś, dokładnie w sierpniu zeszłego roku, popełniłam tekst, w którym przyznałam się do mojej największej ówczesnej słabości – rozstanie z dzieckiem („Rozstanie z dzieckiem moją zmorą. Zwariowałam?”). Naprawdę, nigdy bym siebie nie posądzała o takie zachowanie. A jednak dopadło mnie ze wzmożoną siłą i chociaż pytałam się siebie milion razy, spoglądając złowieszczo w lustro – „Co Ty wyprawiasz? Normalna jesteś, czy już totalnie Ci palma odbiła?”, nie potrafiłam znaleźć na to odpowiedzi.

Wiedziałam, że chcę ale nie mam…hmm, odwagi? Siły?

Weekend w Bristolu pozwolił mi poukładać sobie pewne aspekty bycia mamą. Samotny spacer ulicami Edynburga dał mi czas, by docenić właśnie te chwile, kiedy nie zaprzątam sobie głowy sprzątaniem, gotowaniem i wymyślaniem miliona sposób na to, jak zająć i zainteresować czymś Dziecię. Nie tylko wzięłam głęboki oddech, ale nagle zachciało mi się jeszcze i więcej! Wyobrażacie to sobie? Nagle nie było mi straszne próbować sił tam, gdzie do tej pory odpuszczałam, bo czułam, że nie ma na to najmniejszych szans, że jestem niewystarczająco dobra. Dostałam kopa od życia i działania, bo poczułam, że jakoś to ogarnę. Nie wiem jak, ale jeśli nie będę próbować, to nigdy się o tym nie przekonam.

Słońce, lekki wiatr, piękno starego szkockiego miasta pozwoliły mi znów odnaleźć w sobie zapał. Motywację. Zatęskniłam za starą „ja”, która zawsze powtarza „Jak to nie możesz? Możesz! Tylko miej odwagę zrobić pierwszy krok!” Priorytety, plany zaczęły być jak puzzle, które zaczęłam składać w całość, a obraz który z tego powstawał bardzo przypadł mi do gustu.

Matka dojrzewająca

W końcu pogodziłam się z tym, przyjęłam postawę – „Jest jak jest, muszę to jakoś oswoić. Może zacznę od głowy? Bo z sercem nie wygram”. I rozpoczęłam pracę nad ujarzmianiem swojego matczynego zapędu do wyrzeczenia się z chęci wyjść i myślenia o sobie nie tylko w kategoriach mamy, ale przede wszystkim kobiety. Nie rozmieniając się tu już na drobne, jaką kobieta pełni rolę w swoim życiu tak w ogóle.

Swoje przemyślenia o byciu mamą dojrzewającą, zawarłam w tekście „Mama dojrzewająca”. I nadal zgadzam się z tym, co tam napisałam. Dojrzewam nie tylko ja, jako mama ale też dziecko – do bycia coraz bardziej samodzielnym, odważnym, ciekawym świata, do bycia w otoczeniu innym niż dom i rodzice obok.

Umówmy się – nie chcę być matką helikopterem. Uciekam od tego, chcąc dać mojemu dziecku przestrzeń, na którą zasługuje i możliwość poznawania świata nie tylko z perspektywy rodziców, ale też innych osób.

W końcu i ja to zrozumiałam

W samolocie poznałam sympatycznego Norwega. Przegadaliśmy jakiś czas i poczułam się jak nastolatka na wycieczce szkolnej. Uprzedzę Waszą dociekliwość – facet kompletnie nie w moim typie, nie wymieniliśmy się numerami telefonu , rozstaliśmy się na lotnisku 😉

Chodząc ulicami Bristolu z dziewczynami, czułam się tak lekko, młodo (choć byłam najstarsza w towarzystwie, straszna to świadomość, niestety), niezobowiązująco. Brakowało mi tego uczucia. Oczywiście, że tęskniłam za domem, ale nie była to tęsknota straszna i wyrywająca serce z piersi. Raczej ta pozytywna, bo wiedziałam, że niedługo do nich wrócę i muszę wykorzystać możliwie najlepiej czas, jaki mam tylko dla siebie.

Niespieszny prysznic rano; śniadanie zjedzone kiedy jeszcze jest ciepłe i bez nieustającego odciągania do stołu z powodu Bardzo Ważnej Sprawy, jaką ma akurat Kochane Dziecię na myśli; leniwe wylegiwanie się na kanapie; oglądanie filmu i wylewanie potoku łez, bo oni tak bardzo się w tym filmie kochają, a on umiera i zostawia ją samą;

Zrozumiałam, że takie chwile są nam potrzebne jak powietrze. By naładować akumulatory. By przez chwilę nie musieć absolutnie nic. By zatęsknić, bo tęsknota sprawia, że znów nam się chce.  Bo to takie naturalne, że chcemy wyjść i odpocząć. Bo dziecku nic się nie stanie, jeśli zostanie z kimś innym.

Tak, pamiętam siebie jeszcze sprzed roku i jak czymś nie wyobrażalnym dla mnie było wyjść gdzieś na cały dzień, a co dopiero na weekend. Ale i na to przyszedł czas. Oswoiłam po części swojego demona, choć wiesz jak trudne to dla mnie było. Ty też dasz radę.

 

I w sumie całkiem niezamierzenie, wyszedł z tego ciekawy cykl do przeczytania. Jak to było, jak się zaczęło i jak toczyło przez cały ten czas. Moja przygoda z macierzyństwem.

1. ROZSTANIE Z DZIECKIEM MOJĄ ZMORĄ. ZWARIOWAŁAM?

2. JAK OSWAJAM MOJĄ ZMORĘ, CZYLI ROZKMIN O ROZSTANIU Z DZIECKIEM CIĄG DALSZY

3. MAMA UDOMOWIONA

4. MAMA DOJRZEWAJĄCA

(Visited 151 times, 1 visits today)

You Might Also Like