Mama i dziecko w meandrach państwowej opieki zdrowotnej

Moment, w którym wychodzimy z dzieckiem ze szpitala, jest jednocześnie chwilą, w której zostajemy rzuceni w wir wszystkich powinności związanych z państwową opieką zdrowotną. Jako, że wszelkie prywatne pakiety medyczne, są kwestią indywidualną, ten wpis poświęcę temu, co nam, a raczej naszym dzieciom, oferuje NFZ. Zakładam, że sytuacja może się różnic nawet między jedną a drugą przychodnią, ktoś ma więcej szczęścia, a ktoś mniej, niemniej jednak myślę, że znajdziemy jakieś wspólne mianowniki.

Zacznijmy od początku, czyli od tego, że każdy z nas ma obowiązek w przeciągu 7 dni od wypisu ze szpitala zarejestrować swoją pociechę w przychodni i wybrać lekarza prowadzącego. Warto, żeby przychodnia była blisko, bo to nam zaoszczędzi trudu dalekich wypraw z niemowlakiem, aczkolwiek jeśli ktoś ma dobrego, poleconego pediatrę w przychodni na drugim końcu miasta, to też jest dosyć mocny argument za.

Ja byłam zupełnie nieprzygotowana na to co mnie czeka. Sama korzystam z pakietów prywatnej opieki zdrowotnej, jakie zapewnia mi pracodawca, dlatego pod uwagę wzięłam wcześniej wymieniony czynnik numer 1, czyli odległość, i zapisałam swoją córę do przychodni w bloku obok. Równocześnie wybrałam jedynego znanego mi lekarza pediatrę, sąsiada mojej babci, która jeszcze mnie za młodu do niego prowadzała, gdy wakacyjne wybryki kończyły się uszczerbkiem na zdrowiu.

Po dokonaniu rejestracji, następnie powinnyśmy odbyć pierwszą wizytę u lekarza. U mnie to lekarz przychodzi do dziecka, i w domowej atmosferze ogląda nowego człowieka, bada maleństwo, pyta o najróżniejsze szczegóły oraz udziela informacji o następnych krokach, które jako rodzice musimy podjąć, czyli: dostajemy skierowanie do ortopedy na badanie stawów biodrowych (istotne jest to, że skierowanie otrzymujemy od razu, i należy, czym prędzej dzwonić, bo wiadomo terminy bywają odległe, a powinniśmy wyrobić się do 6 tygodnia życia malucha) oraz pakiet informacji związanych ze szczepieniami.

Mnie mój lekarz jak akurat przekonał, do zaszczepienia dziecka szczepionkami skojarzonymi, wybraliśmy również dwa dodatkowe szczepienia (nie chcę tutaj poruszać lawiny za i przeciw szczepieniom, to po prostu istotny punkt w kwestii dalszych moich zmagań z poradnią dla dzieci). Na wizytę szczepienną w ok. 6 tygodniu umówiliśmy się bez najmniejszego problemu, więc następnie, podjęłam próbę umówienia wizyty u ortopedy.

Byłam bardzo pozytywnie zaskoczona, gdy po dwóch telefonach udało mi się sprawnie umówić na wizytę w drugiej, również bliskiej przychodni. Nie miałam jednak wtedy pojęcia, że w tym przypadku, pani doktor nie będzie miała w gabinecie aparatu do USG, w związku z czym, z wizyty wyszłam z kolejnym skierowaniem. Całe szczęście pani ortopeda stwierdziła, że wszystko jest w jak najlepszym porządku i powiedziała, żeby na spokojnie poczekać na termin USG, który może być nawet za 6 tygodni.

Moje zdystansowane podejście do całego tematu zostało jednak wkrótce wystawione na próbę. Pierwszy raz musiałam zmierzyć się z naszą rzeczywistością, gdy chciałam zapisać córę na wyżej wymienione USG bioder. Byłam mentalnie gotowa na długie czekanie, ale dzwoniąc pod koniec lutego usłyszałam termin – 28 maj!!! To jakby nie liczyć, nie 6 tygodni a prawie trzy miesiące!!! A trzy miesiące w przypadku rozwoju takie małego dziecka to przecież całe wieki!!!

Zbulwersowana zadzwoniłam czym prędzej donieść mamie, która nomen omen jest lekarzem, o tym jak okropna jest państwowa służba zdrowia. Gdy skończyłam swój długi, pełen wzniosłych epitetów wywód, mama zaproponowała żebym zrobiła to badanie w jednej z prywatnych przychodni, gdzie nie było stricte wizyt, tylko taśmowo lekarz wykonywał samo USG bez konsultacji. I całe szczęście trafiliśmy do tej przychodni, bo okazało się, że jeden staw biodrowy u córci nie rozwijał się tak dobrze jak drugi. Dostaliśmy pakiet ćwiczeń i wskazówek co do noszenia dziecka, które rzetelnie wykonywane w domu, ustrzegły nas przed bardziej inwazyjnymi metodami leczenia wad stawów biodrowych. Nie miałam o to pretensji do pani ortopedy, która jako pierwsza badała córkę. Zakładam, że mimo najlepszych chęci, właśnie po to trzeba zrobić USG, gdyż tylko tego typu badanie, ma szanse na wykrycie ewentualnych wad, a nam daje możliwość tak cennej, szybkiej reakcji.

Po incydencie bioderkowym długo żyliśmy w błogim spokoju. Wizyty szczepienne przebiegały wzorowo, zapisy bezproblemowe, doktor o czasie, same zastrzyki, cóż, nie była to największa przyjemność, ale bez komplikacji przebrnęliśmy przez pierwsze pięć miesięcy. W maju mieliśmy ostatnią wizytę szczepienną i od tamtego czasu, jako, że dziecko zdrowe, z przychodnią wiele wspólnego nie mieliśmy. Aż do momentu..

Pamiętam jak w wakacje, gdzieś pod koniec lipca, pomyślałam sobie, że chyba dobrze by było, żeby pojawić się z Młodą u lekarza, od tak, na wizycie kontrolnej. Przy szczepionkach skojarzonych, cały cykl kończy się między 5 a 6 miesiącem, i nie ma więcej wizyt szczepiennych. Z lekarzem nie widzieliśmy się już z trzy miesiące, a chciałam mieć pewność, że Młoda rośnie i rozwija się prawidłowo. Oczywiście mogłam sama to wywnioskować po zachowaniu dziecka, ale pomyślałam, że przecież nie zaszkodzi żeby dziecko zobaczył fachowiec!

Ale zaszkodziło, głównie moim nerwom. Pełna zapału zadzwoniłam do tzw. Poradni Dzieci Zdrowych zapisać się na wizytę. Zaniemówiłam, gdy usłyszałam, że oni takich wizyt nie przewidują (!). Po długiej dyskusji i ostrej wymianie zdań, pani pielęgniarka z ewidentną łaską raczyła mnie wpisać w grafik lekarza mojej córki. Przyszłyśmy na wizytę, chłodem wiało nadal od pani pielęgniarki, ale pan doktor zobaczył Madzię, odpowiedział na wszystkie moje pytania i spokojna wróciłam do domu.

Ten sam temat wrócił u mnie na tapetę jakieś trzy tygodnie temu. Po ostatniej wizycie w sierpniu, chciałam ponownie się zobaczyć z lekarzem, żeby zobaczył córę, i dowiedzieć się coś więcej o nadchodzących szczepieniach. Myślałam, że sytuacja, z którą się spotkałam wcześniej była wyjątkiem, ale jednak nie. Przeszłam dokładnie taką samą walkę z druga panią pielęgniarką, wymuszając wpisanie mnie na wizytę.

Nie wiem, może oczekuje zbyt wiele, ale do mnie argumenty, że mają dużo dzieci na szczepienia czy bilanse nie przemawiają. Za każdym razem proponowano mi wizytę w poradni dzieci chorych, a mój argument, że przecież, po co ze zdrowym dzieckiem mam iść tam, gdzie są dzieci chore, trafiał jak grochem o ścianę. Podczas gdy wszędzie dookoła tyle mówi się o profilaktyce, że wielu chorobom i schorzeniom można zapobiec, gdy się je wcześniej wykryje, nie można się zapisać na kontrolę z dzieckiem do lekarza pediatry? Do teraz nie mieści mi się to w głowie.

I tak, jak się domyślacie pewnie, dla córki też mam wykupiony pakiet prywatnej opieki medycznej. Ale to jest dodatkowe, i rzeczywiście w razie potrzeby, bywa bardzo pomocne. Szkoda jednak, że tak podstawowe rzeczy, jak najzwyklejsze wizyty kontrolne raz na kwartał, są tak trudne do osiągnięcia w ogólnodostępnej poradni. Wszystkie dzieci mają prawo być zdrowe, a nie wszystkich stać, na dodatkowe pakiety i ubezpieczenia.

Jestem bardzo ciekawa, jak Wy sobie radzicie w naszych realiach? Spotkałyście się z podobnym problemem? Albo wprost przeciwnie, macie fantastyczną przychodnię? Jeśli wiecie, jakie jeszcze czekają mnie pułapki, będę bardzo wdzięczna za informacje, z góry uzbroję się w kolejną dawkę wytrwałości i asertywności.

20141211_090901000_iOS

(Visited 45 times, 1 visits today)

You Might Also Like

  • dv

    Mój wspaniały pediatra, niegdysiejszy wieloletni ordynator pediatrii w tutejszym szpitalu, zapytany o „ocenę stanu rozwoju”, powiedział, że nie wie, co to jest! Powiedziałam, że znajomi byli niedawni ze swoim (młodszym od mojego) dzieckiem na takiej wizycie (w innej przychodni), na co odpowiedział „ja nie wiem, na czym byli tamci rodzice”. Dodał, że jeśli miałoby chodzić o bilans to dotyczy on trzylatka. Przedwczoraj przypadkiem w kalendarzu nivea „pierwszy rok dziecka” zauważyłam omówienie tematu. Otóż jak najbardziej, takie wizyty, zwane bilansami lub wspomnianym „ocena stanu rozwoju”, powinna odbyć się w 3, 4, 5, 6, 9 i 12 miesiącu życia! Dodatkowo, w przypadku wcześniaków oraz dzieci z problemami, jest tego jeszcze więcej! Tak więc super, że dzięki „niewiedzy” lekarza, przepadło nam 5 wizyt kontrolnych… Na roczną pójdę prywatnie, nie mogę się wprost doczekać wydania dodatkowych pieniędzy na to, co powinno być za te już wydane na nfz!

    PS: Przy wyborze lekarza kierowałam się bliskością przychodni oraz poleceniami. Jak najbardziej możliwe, że KIEDYŚ (za czasów ordynatorowania) był to dobry lekarz, teraz ma wszystko w dupie.

    • DV czyli nie jestem w swoich zmaganiach odosobnionym przypadkiem. Ja już nie wymagałam nawet wizyt co miesiąc, ale raz na kwartał myślałam, że to więcej niż zrozumiałe, ale jednak nie. U mnie jednak różnica taka, że lekarz sam zapraszał na wizytę, za to nie mogłam się przedostać przez rejestrację i panie w przychodni, to tutaj toczyłam boje. Ale trzeba walczyć o swoje i już! Szkoda, że w Twoim przypadku to sam lekarz miał takie podejście… może jednak, warto rozważyć zmianę, jeśli jak piszesz, teraz ma wszystko w głębokim poszanowaniu. Pozdrawiam!