Happy Hours czyli czego najbardziej brak gdy mama wraca do pracy!

Powrót do pracy po urlopie macierzyńskim to jedno z trudniejszych wydarzeń w życiu matki. Zwłaszcza, gdy dzieje się to ten pierwszy raz. I choć wiem, że są kobiety, które radośnie do obowiązków zawodowych wracają już po półrocznej przerwie, to jednak większość nawet po roku odczuwa niedosyt. A niepewność związana z tym jak to będzie, dopełnia ten obrazek odrobiną strachu i poddenerwowania.

Całość nie brzmi idealnie. Oj nie…

happy hours czego mamie brak

Oczywiście strach ma z reguły wielkie oczy, a czas leczy wszystkie rany. I podobnie jest w tym przypadku, bo ten czas pozwala właśnie zaadoptować się do nowej sytuacji. Bo to nie jest nic innego, jak ułożenie sobie tego swojego codziennego funkcjonowania w rodzinie jakby trochę od nowa, tylko w mocno okrojonym wymiarze czasu.

To jak wygląda życie matki po powrocie do pracy idealnie ujęła jedna z moich znajomych. Rozmawiałyśmy chyba jakieś trzy tygodnie po tym, jak wróciła na swoje stanowisko do starej firmy. O firmie nie mówiła źle, tak właściwie była podekscytowana tym, że świat się jakby znowu na odrobinę inne rzeczy otworzył, ale mocno zmęczonym głosem powiedziała tak:

Monika, już nie mam swoich happy hours! Bo wiesz, do tej pory było tak, że w ciągu dnia robiłam wiele rzeczy, to całe pranie, posprzątanie, zakupy czy gotowanie. A to przed drzemką, a to w trakcie, a to gdzieś między jednym spacerem a drugim wyjściem po bułki. Ale gdy Młody już spał… miałam ten MÓJ czas! Czas dla siebie! By na chwilę usiąść, serial obejrzeć, książkę poczytać. Lub nie siedzieć a wyjść. Spotkać się z koleżanką, pobiegać pod domem. A teraz… moje happy hours się skończyły! Bo to wszystko, co robiłam wcześniej w ciągu dnia, muszę zrobić wieczorem tak, by przetrwać kolejny dzień.

I jak na mój gust, ta odpowiedź zawiera w sobie właśnie wszystkie bolączki, z jakimi zmaga się mama, która wraca do pracy. Z jakimi sama też zmagam się na co dzień. Z ogromnym brakiem czasu, który jest spowodowany tym, że nagle te 8-10 godzin gdy policzymy dojazdy zajmuje praca, a dla rodziny tak niewiele pozostaje. O czasie dla siebie? Człowieku… zapomnij! Albo przynajmniej pogódź się z tym, że zawsze w tej sytuacji jedyny czas dla siebie to ten kosztem czegoś.

Kosztem czasu z dziećmi, lub kosztem nieprzygotowania do następnego dnia.

Zawsze coś, za coś.

Gdy czytam wpisy mam, które są ze swoimi dziećmi w domu to nie raz zastanawiam się, o co im tak właściwie chodzi. Wiem, że to swojego rodzaju walka o akceptację i aprobatę społeczną, tylko zupełnie nie wiem po co. Mi jako mamie dwójki, nikt nie musi tłumaczyć, że mamy w domu mają co robić! I to czasem tyle, że aż strach się bać! Gdybym jednak sama tylko mogła zostać w domu i zasilić grono domowych mam, w nosie bym miała to, co o mnie myślą inni. Najważniejsze jest to, że sama wiem, że to co robię jest słuszne, że naszej rodzinie w danym układzie niczego nie jest brak, a reszta… może mnie w „d” pocałować.

W związku z tym, teraz sama ten schemat o całowaniu w „d” usilnie praktykuje, choć nie zawsze bywa łatwo. Gdy słyszę dookoła, że jak można tak małe dziecko oddać do żłobka. Że maluch niczego nie potrzebuje tak, jak bliskości matki a pierwsze lata życia są kluczowe dla jego rozwoju, to moje grube, siłą woli stawiane mury odporności, kruszą się. Tak po kawałeczku. Ile razy muszę sobie wtedy sama tłumaczyć, że pewnie są kluczowe.. tak jak i kluczowe dla mnie jest to, by zapewnić moim dzieciom również warunki, w których będą mogły się rozwijać. Bym nie musiała nigdy odmawiać wycieczek szkolnych, wyjść do kina, kursów pływania czy tańca. Bo chcę, by miały to, co sobie tylko zamarzą.

I jak mantrę wbijam sobie do głowy to, że z dzieckiem można być… i być. Tak jak i ze sobą można być, ale tak jakby nie być wcale. Myślami gdzieś obok. Nieobecnie.

Jednak w tej grze argumentów, słownych przepychanek mam, jedyny fakt, jaki dzieli mamę w domu od mamy w pracy, to czas. I nic więcej. Doba ma tylko 24 godziny. Ani więcej ani mniej. I choć mama w pracy pewnie wypije ciepłą kawę w spokoju, wyjdzie nawet na lunch czy pojedzie na szkolenie, tak jest w pracy a nie w domu. I to co jest do zrobienia w domu, nadal w domu pozostaje, niezależnie od tego o której wraca.

Także wiecie mamy… zasadniczo zazdroszczę tym z Was, które są w domu z dzieciakami. Choć sama, bym pewnie zwariowała będąc z moimi dziewczynami 24h na dobę ;). Jednak dziś, przy tych kilku godzinach dziennie, jest mi tego niesamowicie brak!

happy hours mama w pracy czego brak

 

(Visited 385 times, 1 visits today)

You Might Also Like

  • Zauwazylam, ze we Francji duzo osob ma nianie, ktore odbieraja dzieci ze szkoly, daja im kolacje, ogarniaja kuchnie i czekaja z nimi na przyjscie rodzicow. Dzieki temu rodzice maja troche wiecej czasu na przeczytanie bajki i kapiel, nie musza szalec w kuchni natychmiast po przyjsciu do domu. Na dodatek zatrudnienie takiej niani mozna „wliczyc w koszty” i panstwo zwraca chyba czesciowo pensje takiej niani. Oczywiscie, idealem bylaby mozliwosc skonczenia pracy wczesniej, ale wiadomo jak to jest… Szkoda, ze w Polsce nie ma takiej mozliwosci, na pewno wielu rodzicom taka pomoc by sie przydala.

    • I to jest jak piszesz, bardzo fajna sprawa. Taka niania nie na cały dzień, ale właśnie w takiej jakby dorywczej formie. Ja przyznaję, że bierzemy też ten scenariusz pod uwagę. Mieliśmy tyle szczęścia, że nam się dziewczyny do państwowych placówek dostały, więc możemy próbować wkalkulować w domowy budżet taki wydatek. Zobaczymy co będzie. Jednak taka rzeczywistość, bez tego wparcia, jest naprawdę trudna. Fajnie w tej Francji mają 🙂