Gdzie się podziała nasza spacerówka?

Czy można uniknąć kupienia wózka-spacerówki? Można. Nam się udało. I opowiem Wam w jaki sposób.

 

Nasza historia jest tylko przykładem i wiem, że są rodzice, którzy bez wózka nie wyobrażają sobie funkcjonowania na co dzień. Wyjście do sklepu, na spacer, na miasto czy inne wycieczki. I to jest jak najbardziej OK! U nas tak się wszystko potoczyło, że ten wydatek okazał się być po prostu kompletnie zbędny. I z takiego obrotu spraw jestem bardzo zadowolona.

Teoretycznie to trochę moja sprawka

Kochane Dziecię miało ok. 8-9 miesięcy, kiedy zaczęło chodzić. Bardzo szybko się to potoczyło i równie szybko okazało się, że ten mały szkrab ma w sobie nieskończone pokłady energii i siły. Od momentu, w którym stanęła na obie nogi, nieustannie jest w ruchu. Nie potrafi dłużej wysiedzieć, ustać w miejscu. Zatem możecie sobie wyobrazić, jak wyglądają nasze spacery 😉 To właśnie wtedy, kiedy używaliśmy jeszcze naszego pierwszego wózka doszłam do wniosku, że to ponad moje siły i cierpliwość. Po prostu nie mogę biegać za córką i gonić ją, usilnie starając się jednocześnie pilnować wózka. Jeśli jestem z nią na spacerze, to chcę poświęcić swoją uwagę jej i naszym wspólnym zabawom, niż być rozproszona zerkaniem kątem oka, czy wózek jeszcze jest tam, gdzie stał.

Tak, wiem. Być może ktoś teraz pomyśli, że przesadzam, ale tak wtedy czułam i podjęłam decyzję.

Jeśli mamy chodzić na spacery, to tylko na nogach. Zmęczy się? Pakujemy się do nosidła.

Moje dziecko też pomogło w podjęciu tej decyzji

Były dwie sytuacje, które tylko utwierdziły mnie w przekonaniu, że dobrze robimy. Jedna, gdy byłyśmy na spacerze tylko we dwie i moja córka postanowiła wyjść z wózka. Jasne, nie ma problemu. Ma nóżki, chce biegać, proszę bardzo. Ale wejść do niego z powrotem już nie chciała. Dramat, proszę państwa, dramat.

Druga, gdy większą grupą wybraliśmy się nad morze. W tamtą stronę nie było z siedzeniem w wózku najmniejszego problemu. Gorzej w drodze powrotnej, znów dramat i godzinna histeria na ulicy i klęłam na siebie w myślach, że nie zabrałam nosidła.

Z perspektywy czasu myślę sobie, że miała tu do czynienia również osobowość mojej córki. Od urodzenia była dzieckiem potrzebującym ogromnej bliskości. Tulenie i noszenie było u nas, i nadal jest, na porządku dziennym. Przy ząbkowaniu, przy usypianiu, nawet kiedy wspólnie się bawiłyśmy i robiłyśmy coś w kuchni – na rękach, tuż obok, a w końcu w chuście i nosidle. Zatem nie dziwiłam się, gdy wsadzona do nosidła na spacerach czy wyprawach w miasto i na wycieczkach wyciszała się, czuła się spokojniejsza.

nosidło, tula

Jakie są plusy tej decyzji?

Ogromne! Moja córka, przyzwyczajona do chodzenia i biegania bez możliwości wejścia do wózka, potrafi przejść sama naprawdę spory kawał drogi. O czym mogła przekonać się Monika, gdy widziałyśmy się w czerwcu w Polsce i wybrałyśmy się z naszymi dziewczynkami na teren skansenu w Chorzowie. Moja córka była nie do zdarcia. Padła dosłownie pod sam koniec, kiedy musiałyśmy już pod wieczór wracać do domu.

„Boleśnie” przekonała się o tym też moja koleżanka z pracy. Odwiedziłyśmy ją niedawno na terenie kampusu uniwersyteckiego, gdzie pracowałam i zamiast powolnego spaceru i rozkoszowania się pogodą, co rusz urządzałyśmy pościg za Mią. Ja, nauczona doświadczeniem, miałam na nogach trampki. Ona – letnie sandałki, co nie sprzyjało naszym biegom za Małym Strusiem Pędziwiatrem 😉

Spacerujemy niemal codziennie chyba, że żaby lecą z nieba lub jest tak wietrznie, że zdmuchuje nas z chodnika. Jedyne czego wtedy potrzebuję, to torba z prowiantem i nosidło. Ponieważ mamy teraz fantastyczną pogodę, korzystamy z niej absolutnie maksymalnie. Jedziemy do parku czy na plażę i kiedy moja córka prosi, by ją wziąć na ręce, wyciągam nosidło i idziemy dalej. Zakupy, które musimy teraz robić tylko we dwie, bo Osobisty Połówek jest na służbowym wyjeździe, też nie są większym problemem. Mia na plecach i ręce mam wolne. Przeważnie dostaje wtedy bułę w rękę lub cos innego do przekąszenia i tym jest zajęta, kiedy ja szperam między sklepowymi regałami. Nie muszę za nią biegać, gonić i denerwować się. Mogę skupić się na tym, co mam włożyć do koszyka i naprawdę rzadko się zdarza, by mojej córce było nagle niewygodnie lub chciała zejść na ziemię. To musiałby być jeden z tych gorszych dni, kiedy kompletnie nic się nie podoba i nie pasuje, ale wtedy też nie ryzykuję wyjść, jeśli nie muszę, które mogą przysporzyć nam więcej nerwów, niż spokoju 😉

Co daje noszenie dziecka w ten sposób?

Dla mnie, to przede wszystkim bliskość. Dzieci jej potrzebują, a chusty i nosidła doskonale w tym pomagają. Ale to też ogromna wygoda, ułatwianie sobie życia jako mamy i w ogóle rodzica, bo przecież tatusiowie też noszą 🙂 To dwie wolne ręce i możliwość robienia swojego podczas gdy moje dziecko spokojnie przytula się i zaspokaja swoją potrzebę tulenia.

I dlatego postanowiłam działać w tym kierunku. Chcę pomagać innym rodzicom w podejmowaniu decyzji o chustonoszeniu. W listopadzie tego roku wezmę udział w pierwszym, z trzech, kursie doradcy noszenia w chuście. Dodatkowego bodźca do podjęcia tej decyzji dostałam od koleżanki, która widząc Mię kiedyś w chuście a teraz w nosidle i jak to u nas na co dzień wygląda, podjęła decyzję o kupnie chusty i poprosiła mnie o pomoc. A ja nie lubię robić czegoś na pół gwizdka, dość niepewnie. Zatem zdobędę wiedzę i będę się nią dzielić z innymi rodzicami.

Czuję niesamowitą radość i ekscytację na samą myśl!

nosidło, tula

(Visited 437 times, 1 visits today)

You Might Also Like

  • o tak! U nas też chusta wygrywa z wózkiem, choć Joasia ma dopiero niecałe 4 miesiące 🙂

    • Cudnie! <3
      daj znać, jak to się potoczy u Was dalej, jestem bardzo ciekawa czy podobnie do nas 🙂

  • Super! My też się tulimy 🙂 nasza doradczyni stwierdziła nawet, że synek to urodzony chuścioszek 🙂 za nami pierwsze wakacje w górach i gdyby nie chusta prawdopodobnie cały pobyt spędzilibyśmy w hotelowym pokoju tudzież ogrodzie nie wypuszczając się nigdzie dalej. Chusta ułatwia życie, zwłaszcza kiedy mieszka się na 2 piętrze bez windy 🙂