Dzieciaci vs nie-dzieciaci. Jak się porozumieć?

Ci z dziećmi i Ci bez dzieci. Odwieczne poróżnienie między dwoma grupami na płaszczyźnie życiowej, chociaż jedni i drudzy wiedli kiedyś podobny, albo i taki sam tryb życia. I tylko w pewnym momencie między nimi stanęły te małe chodzące, o niespełna metrze wysokości małe człowieki i nagle zaczęło brakować złotej nici porozumienia.

W tym wpisie nie zamierzam nikogo poróżniać, wytykać palcami, wskazywać lub, broń mnie krasnalu mały, obwiniać o cokolwiek. Nie, bo nie mogłabym z bardzo prostego względu – z szacunku do siebie samej z przeszłości i z szacunku do przyjaciół, znajomych i wszystkich tych, którzy dzieci nie mają.

Zaskakujące jest to, jak często wracają do nas słowa, które kiedyś słyszane ileś tam razy, doprowadzały do białej gorączki. Jak np. to: „Zobaczysz, będziesz mieć dzieci, sama się przekonasz”. Tak jakby posiadanie dzieci było jakimkolwiek wyznacznikiem, odniesieniem do wszelkich życiowych sytuacji i nie posiadanie ich dyskwalifikowało ze zrozumienia istoty jakiegoś tam problemu.

Otóż, z przykrością muszę stwierdzić, że to zdanie to prawda. Jasne, nie odnosi się do każdego problemu świata, ale kiedy przychodzi ściśle do kwestii dzieci – i owszem. Albowiem łatwo jest wypowiadać się, oceniać i wyciągać wnioski, jeśli nie ma się z czymś styczności na co dzień. Ba, sama kiedyś zapewne taka bywałam. O tym, jak postrzegałam bycie bezdzietnym i jak było mi z tym dobrze, wspominałam w tym tekście: „Teraz, jutro, nigdy”. No ale nadszedł czas, kiedy człowiek czyli ja, dojrzał do decyzji zostania rodzicem i nagle wszystkie te opinie, które miałam gdzieś tam w głowie, uważałam za takie mądre i słuszne poszły się, mówiąc się kolokwialnie, paść.

Jednym z takich zapalnych tematów między dzieciatymi a nie-dzieciatymi, mam wrażenie, jest wyjście z dzieckiem na imprezę. Mówiąc bardzo ogólnie, bo powodów do wyjścia może być wiele ale umówmy się, że solą w oku stają się te wieczorne. Ktoś gdzieś robi urodziny, ktoś gdzieś osiągnął jakiś sukces. Okazji może być wiele, a za każdą z nich warto wypić lampkę szampana i poświętować. Tylko pytanie za sto punktów: o której ta impreza?

Za siedmioma górami, za siedmioma rzekami, kiedy nie miałam jeszcze dziecięcia, większość wyjść i imprez organizowałam najwcześniej 5-6 wieczorem. Przecież dom trzeba doprowadzić do porządku, siebie ogarnąć, jedzenie przygotować . Nie mówiąc o tym, że soboty i niedziele zaczynałam bardzo leniwie i spieszyć mi się za chiny ludowe nie chciało.

Tak, to było klawe życie. I dlatego z jednej strony nie dziwi mnie, jeśli ktoś bez dziecia pod ręką zaprasza do siebie na godzinę jeszcze późniejszą niż ta podana przeze mnie. Tyle, że jak już ktoś dziecię ma, to może pojawić się problem. I tutaj też zmienia się nasze podejście do czasoprzestrzeni.

Generalnie wyjścia są dwa:

– bierzemy ze sobą dziecię na imprezę i będzie co ma być; padnie, samo uśnie albo uśpimy, problemu nie ma

– bierzemy ze sobą dziecię na imprezę ale wychodzimy równie szybko jak przyszliśmy, bo dziecię musi iść spać ale u siebie w domu

Ale żeby skomplikować sprawę, trzeba wziąć pod uwagę inne, równie ważne, aspekty:

– nie każde dziecko zaśnie i prześpi u kogoś te kilka godzin bez problemu

– nie każde dziecko ma łatwość w zasypianiu i przesypianiu tak w ogóle

– nie każde dziecko zaśnie, prześpi imprezę i da się zanieść do auta bez przebudzenia i przespania dalszej części nocy bez problemu

– każdy rodzic ma swoje zasady względem swojego dziecka

Rodzic rodzicowi też nie równy przecież. Jedni bardzo trzymają się swoich zasad i ustalonych reguł, inni potrafią się naginać, a jeszcze inni są totalnie wyluzowani i żadna sytuacja dotycząca ich dziecka nie jest dla nich nie do przeskoczenia.

Cóż, trzeba pamiętać, że zachowanie rodziców bierze się również z tego, jak zachowuje się dziecko. Oni znają je najlepiej i wiedzą, jak z nim postępować dla dobra jego, swojego i otoczenia. Jednych można posądzać o nadmierną ostrożność, innych o zbyt duże wylajtowanie ale może nie powinno się z góry czegoś zakładać, nie znając historii ich i ich dziecka.

Dlatego rozmawiajmy, starajmy się zrozumieć, nie oceniajmy.

dzieci, dzieciaci vs nie-dzieciaci

Na własnym przykładzie wiem, że sen jest czymś tak drogocennym, jak promienie słońca i witamina D w organizmie. Od początku przesypianie było u nas problemem i przez pierwsze półtora roku każde takie wieczorne wyjście z dzieckiem kończyłoby się dla mnie przeleżeniem całej nocy z córą w czyjejś sypialni, bo budziłaby się średnio co godzinę-dwie. Imprezowy ubaw po pachy.

Do dzisiaj wypracowaliśmy nasz rytuał, mamy swoją rutynę, która pozwoliła dziecku zrozumieć, kiedy kończy się dzień, z czym to się wiąże i że nadchodzi moment, w którym idziemy spać. Staramy się trzymać godzin, nie przeciągać do późniejszych godzin i przyznaję, zdaje to egzamin. Przespanie 4-5 godzin ciurkiem przyjmujemy z pocałowaniem ręki.

No dobra, ale dążę do tego by zaznaczyć z całą stanowczością: tu nie chodzi o to, by ktoś ustawiał imprezy pod czyjeś dzieci. Po prostu jedna i druga strona muszą zdać sobie sprawę z tego, że pewne elementy dotychczasowego życia ulegają zmianie. I by dojść do porozumienia, w moim odczuciu, jedna i druga strona muszą wykazać się pewną elastycznością i dozą zrozumienia. Ci z dziećmi nie zawsze już będą dostępni wieczorową porą, a Ci bez dzieci nie zawsze chcą i są w stanie zorganizować coś wcześniej tylko dlatego, by mógł ktoś z dzieckiem przyjść.

(O relacji między młodymi rodzicami a ich przyjaciółmi napisałam w tekście „5 rzeczy, z których Twoi przyjaciele mogą nie zdawać sobie sprawy” )

Wiecie, jak przeważnie wygląda umawianie się ze znajomymi, którzy dzieci mają?

„Dobra, to wpadajcie na 3-4, żeby dzieciaki coś z tego miały a i nam uda się trochę pogadać i coś zjeść” 😉

Gorzej, jeśli dzieciaki mają inny rozkład dnia i jedno w tym czasie ma swoją dzienną drzemkę, inne właśnie o tej porze je obiad itede. Tak, zgrywanie się w czasie przy małych dzieciach to czasem nie lada wyzwanie. Przyznaję jednak i widzę, że ten problem dotyczy głównie naprawdę małych dzieci, bo im dziecko starsze tym łatwiej o ogarnięcie tego tematu. I tego się trzymam.

Na koniec opowiem Wam przykład sytuacji, który w pewnym momencie dodał mi otuchy i pokazał, że wzajemne zrozumienie jest możliwe. Byliśmy na lotnisku z malutką wtedy córką, czekaliśmy prawie 2 godziny na odprawę. Dziecko padało już ze zmęczenia, chciało spać ale zaśnięcie na głośnym i rozświetlonym lotnisku było wręcz niemożliwością. Trzymanie blisko w nosidle, zasłanianie buzi przed światłem, nucenie ulubionej piosenki do ucha – nic nie pomagało.

Moje zmęczenie, zmęczenie Osobistego Połówka i wypieki na naszych twarzach ewidentnie pokazywały, że targają nami ogromne emocje, a jednocześnie bezsilność, bo człowiek chce a nie może. Wzrok pasażerów, którzy podróżowali bez dzieci, w naszą stronę bywał naprawdę nieprzyjemny. Cóż, wiem i znam to. Też prawdopodobnie tak kiedyś robiłam, za co teraz bije się w pierś. Ale wtedy usłyszeliśmy słowa, za które jestem do dzisiaj wdzięczna, bo postawiły mnie na chwile na nogi i dodały sporej otuchy:

„Nie martwcie się, każdy z nas był kiedyś w tej sytuacji”.

Osoba ta wskazała na innych rodziców z dziećmi, a oni uśmiechnęli się do nas pogodnie i ze zrozumieniem pokiwali głowami.

(Visited 218 times, 1 visits today)

You Might Also Like

  • Konny

    U nas wszyscy sie dziwili, ze wychodzimy po dwoch max. trzech godzinach. A przeciez moglismy Tobias’a polozyc obok w pokoju/na krzesle/w wozku* (*niepotrzebne skreslic), bo przeciez ich dzieci x lat temu tez tak „imprezowaly”, wiec co w tym zlego? Niby nic, ale tak, jak napisalas jesli dziecko nie przesypia dobrze nocy, to dla nas liczylo sie to, by mialo spokoj i zachowane swoje rytualy, ktore pozwolilo mu spokojnie zasnac. A i dla nas kilka godzin snu bylo na wage zlota…
    Za miesiac Tobias skonczy piec lat i nasze imprezy wygladaja juz nieco inaczej – gdy organizujemy je w domu moze posiedziec z nami duzej (ale bez przesady). Gdy wychodzimy staramy sie, by najpozniej o godzinie 22 byc juz w domu. Bo to, ze pojdzie spac pozniej nie oznacza, ze bedzie spal do 10 rano 😉 chociaz pare razy mielismy juz to szczescie i obudzilismy sie wczesniej niz nasz syn 😉

    A i jeszcze jedno jakies dwa lata temu w Ikei Tobias siedzial w wozku na zakupy i ogladal bajki, abysmy mogli spokojnie zakupic tych pare rzeczy, po ktore przyszlismy. Wszyscy patrzyli sie na nas delikatnie mowiac dziwnie, ale jedna para popatrzyla na nas, usmiechneli sie do siebie i powiedzieli: „Jaki dobry pomysl na spokojne zakupy”. Wiec jeszcze chyba nie wszyscy zapomnieli jak to bylo miec malego berbecia w domu…

    • Twoja sytuacja w sklepie, to jak nasza na lotnisku. Daje to wiarę, że są jeszcze tacy, którzy nie zapomnieli 🙂

      A widzisz, poruszyłaś też inną kwestię, dość ważną – niedzieciaci i rodzice, którzy mają już starsze dzieci. Bywa, że pierwsi pojęcia nie mają o czym mówimy i dlaczego tak postępujemy, a Ci drudzy zapomnieli już jak było wcześniej. A może nawet trafiło im się bezproblemowe dziecię i innych uznają za przewrażliwionych, bo nie zaznali innej sytuacji. Dlatego tak ważne jest, by rozmawiać i starać się wytłumaczyć, ale czy ktoś chce rozmawiać i słuchać i zrozumieć jednocześnie, to już inna para kaloszy.

      Tak czy inaczej, rozumiem Cię doskonale.

  • Pingback: O tym jak być dzieciatym gdy bliskich blisko brak! - MAMORKI.com()