Czas matki polki, czyli dlaczego nie dzwonię i nie umyję dziś okien

Byłam wtedy już w zaawansowanej ciąży, kiedy usłyszałam jak jedna ze znanych mi osób wyraziła swoje zdziwienie, może nawet oburzenie. Otóż wysłała ona sms do swojej znajomej, która już była mamą i przez kilka dni nie dostawała od niej  żadnej odpowiedzi. Jak to możliwe, by nie znaleźć czasu na odpisanie? Czy to tak trudno wziąć telefon do ręki i wystukać kilka słów?

Zabierając się za pisanie tej notki pomyślałam sobie, że może sama przed sobą chcę się usprawiedliwić. Ale kiedy rozmawiam z innymi mamami dochodzę do wniosku, że nie ja jedna cierpię na taką „przypadłość” ale rzadko kiedy mówimy o tym na głos. Bo głupio tak tłumaczyć się co chwilę komuś z czegoś, a najgorsze jest to, że to wciąż jedna i ta sama wymówka.

Cierpię na chroniczny brak czasu.

Kto mnie zna ten wie, że przyjaźń cenię sobie ponad wszystko i dbam o nią, pielęgnuję. Dotychczas, jeśli ktoś się ze mną kontaktował, odpisywałam niemal od razu. Raz nawet moja przyjaciółka wpadła w panikę, czy wszystko u mnie w porządku, bo jakoś tak się złożyło, że nie odpisywałam od dwóch dni.

Tym bardziej mi źle z tym, że od niemal dziewięciu miesięcy tak trudne do wykonania jest dla mnie wzięcie słuchawki do ręki i wykręcenie numeru. Kiedy jednak stawiam się na miejscu tej drugiej osoby i wiem, jak wyglądałaby taka rozmowa, to z góry skazuję nasz babski czat na niepowodzenie. Bo jak normalnie rozmawiać, kiedy co chwile byłoby to przerywane „Mia, zostaw”, „Mia, uważaj na główkę”, „Mia, nie wchodź pod stół”, „Mia, kable są tatusia, nie wolno ruszać”, a między tymi uwagami albo podbiegam, albo towarzyszę albo uspokajam płacz, bo właśnie uderzyła po raz n-ty głową o kant stołu lub krzesła. A już najgorszy jest hałas zabawek w tle, rozrzucanych na wszystkie strony.

Pierwsze dwa miesiące bycia mamą to chaos. Nauka siebie nawzajem, opanowanie tych wszystkich czynności związanych z opieką i pielęgnacją dziecka, dochodzenie do siebie po porodzie. Do tego natłok emocji z każdej możliwej strony, opad poziomu hormonów i cała ta huśtawka z tym związana. To niejednokrotnie przetłuszczone włosy, brak prysznica, chodzenie w piżamie, bo tak najwygodniej, a co najważniejsze – oswajanie z nową sytuacją. Chwała i gloria dla przyjaciół, którzy dają wtedy czas i nie narzucają się z wizytami, telefonami.

A teraz? Mia jest bardzo absorbującym dzieckiem i chociaż potrafi też bawić się sama przez chwilę, tak nie trwa to nawet pół godziny, ba! czasem 20 minut i zawsze kończy się to raczkowaniem do moich nóg i wiszeniem na nich, dopóki nie zwrócę na nią uwagi i nie zajmę zabawą.

Czy wspominałam już, że od prawie 9 miesięcy nie przespałam ciągiem ani razu więcej niż 2,5 godz.? Bywa, że budzę się i co godzinę (wróć! Była taka jedna noc. Słowem: JEDNA). Dla mnie spanie to pojęcie względne w tym momencie. Ja nie śpię, ja drzemię. Jak to się odbija na mnie, to już inna sprawa. To normalne, że w pewnym momencie organizm protestuje, mówi „dość! zwolnij! zlituj się i daj mi się zregenerować!”. Samo niedospanie powoduje, że jestem rozdrażniona, poddenerwowana, roztargniona, łatwo się irytuję i wybucham bezsensowną złością. Z całych sił staram się nie odreagowywać na dziecku, pada na osobistego Połówka, bo jest najbliżej. Nie jest czasem łatwo, ale pomaga jak może i ja, jak tylko mogę, to staram się przespać dodatkową godzinę- dwie. Ale i z tym bywa różnie, bo zwyczajnie szkoda mi na to czasu, skoro mogę go spożytkować bardziej ambitnie i z pożytkiem.

Teraz doszedł etap rozszerzania diety. Czyli w cały mój plan dnia muszę włączyć moment gotowania obiadu dla Małej. Idzie nam opornie, bo moje dziecko nadal bardziej preferuje moją pierś, niż pyszne warzywa z mięsem ale próbować trzeba.

W tym całym nowym codziennym rozgardiaszu, fajnie byłoby jednak zachować pozory starej normalności. Wyobrażam sobie, że przyjdzie to wraz z wiekiem dziecka, już zaczyna być lepiej ale na razie jest to tylko prowizorka. Zatem, co z tym czasem?

Są osoby, które urlop macierzyński widzą jako czas relaksu, ciągłego odpoczynku i w ogóle leżenie do góry brzuchem. Przecież siedzę w domu z ukochanym dzieckiem i mam tyyyle czasu.

Nie. Po stokroć nie.

Pomijając już milion pobudek, jakie mam w ciągu nocy, mój dzień zaczyna się ok. 7-8 rano. Jeśli zdążę po wstaniu ogarnąć się jako tako w łazience, uważam ten dzień za dobrze rozpoczęty. Ale najpierw poranna rutyna z Małą – przewijanie, przebieranie. To drugie dotyczy nas obu. Później śniadanie, które ja jem najczęściej dopiero wtedy, kiedy Mia już zajęta jest zabawą. I o ile nie przypomni sobie, że lubi wisieć na mojej nodze, mam jakieś 10 min. na przygotowanie czegoś dla siebie. Przeważnie jem między jednym bawieniem się z Małą, a drugim. Plus taki, że zdążę w trakcie zabawy spalić to, co zjadłam i zgłodnieć na nowo w tzw. międzyczasie. Moja rozrywka to sprawdzanie co na fejsie, czasem uda mi się przeczytać coś więcej niż nagłówki, porozmawiam z kimś. Szaleństwo! 😉

Kiedy Mała uśnie w ciągu dnia, a jest to coraz rzadsze zjawisko, mam do wyboru: albo biorę się za zajęcia domowe albo za coś tylko dla siebie. I też z zegarkiem w ręku, choć to trochę jest jak rosyjska ruletka – zdążę albo nie zdążę, bo albo prześpi te min. pół godziny albo ma dzień totalnego niespania i muczenia i o chwili dla siebie mogę tylko pomarzyć.

Oczywiście, kiedy mój osobisty Połówek wraca z pracy, przejmuje Małą ale wtedy też muszę się zastanowić za co biorę się najpierw – coś dla domowego rodzinnego ogniska czy jednak dla siebie? Poza tym, z racji wprowadzenia się do nowego domu, co rusz jest coś do zrobienia. Naprawdę, studnia bez dna, więc przeważnie jest tak, że i tak zajmuję się Małą, a Połówek remontuje, naprawia, poprawia, usprawnia coś tu i ówdzie.

Wieczorem kąpiel, karmienie, usypianie – dziecko zasypia w okolicach 22-23. Pobudka już po 2 godzinach, więc albo daję sobie jeszcze godzinę na coś albo idę spać.

Tęsknię za wieczornymi rozmowami z przyjaciółkami przez telefon, za kilkugodzinnymi plotami i wyżalaniem się na wszelkie zło tego świata. Ale jeśli nie dzwonię to nie dlatego, że nie chcę. Po prostu ta mała osóbka tak zawładnęła moją codziennością, że dotychczasowe  moje potrzeby zeszły jednak na dalszy plan. Czy tego chcę, czy nie.

Usilnie pracuję nad swoim planem dnia, by nie dać się zwariować i móc wygospodarować czas dla siebie. Na razie wygląda to tak, że są chęci ale jest to ciężka praca i wymaga sporej dawki cierpliwości. Czytanie książki jest teraz dla mnie mega luksusem i korzystam z każdej okazji, by to robić (w łazience, w kuchni – podczas gotowania, bujania Małej w wózku czy kiedy Połówek usypia Mię).

Nie zliczę, ile razy umawiałam się z kimś na telefon czy skype, ale radar mojej córki wychwycił to niecnie i jak na złość nie chciała iść spać, albo miała tego dnia taki humor, że bez kija nie podchodź.

Pozostaje mi wierzyć i ufać, że przyjaźnie nie takie próby wytrwały. Odległość czy różnica czasowa (bo przecież każda z nas jest nie tyle w innym kraju, co na innym kontynencie, a nawet po drugiej stronie globu) też nie pomagają.

Nie wiem, jak inne mamy to robią, że mają czas na wszystko lub większość swoich ulubionych zajęć. I tak, wiem, że to też kwestia organizacji czasu. W tym akurat jestem świetna, ale nie zawsze jest to ode mnie tylko zależne.

W całym tym rodzicielskim szaleństwie staram się, chcę i szukam sposobu na siebie. Na chwile TYLKO DLA SIEBIE, w których nie gotuję, nie sprzątam, nie biegam z pieluchami i nikt na mnie nie wisi. To chyba nie są wygórowane wymagania?

1

(Visited 122 times, 1 visits today)

You Might Also Like

  • Joanna

    Pięknie to ujęłaś. Czas to naprawdę wielki skarb. Choć pewnie to słyszałaś mnóstwo razy i może nie do końca w to wierzysz, to naprawdę, cały czas spędzony z córeczką jest bezcenny. Codzienne obowiązki nie uciekną, a mała szybko wydorośleje. Ja sama czasem po pracy zamiast sprzątać wolę pobawić się z synem kolejką i zrobić jeszcze większy bałagan 😉

    • Diana

      Asiu, dziękuję! Owszem, bywają gorsze dni, ale która mama ich nie ma? Uwielbiam czas spędzony z Małą i cieszy mnie każda minuta z nią. Bałagan? Jaki bałagan? 😉

  • Konny

    Kochana! Znam, to az za dobrze z autopsji. I to kolejny przypadek potwierdzajacy nasza „blizniaczosc” 😉 Moge Ci jednak zareczyc, ze za jakies mniej wiecej dwa lub trzy lata wszystko sie ustabilizuje i znajdziesz jeszcze czas na swoje i tylko swoje przyjemnisci… I wtedy tez wieczorami bedziemy paplac przez telefon tak dlugo, az nam polaczenie beda rozlaczac – jak za starych czasow 😉

    • Diana

      Czekam z utęsknieniem! 🙂

  • Magda M.

    Cześć – świetny wpis 🙂 jakbym widziała siebie jakiś czas temu (no i za kilka miesięcy bo rodzinka mi się powiększy pod koniec maja). Na szczęście wszystko mija (a może wcale nie na szczęście 🙂 ) – poczekaj tak do 2,5 roku i będziesz miała chwilę oddechu…ale tylko chwilę :). Pozdrawiam!!

    • Diana

      Magda, dziękuję! A więc nie tylko ja tak mam i nie zwariowałam, a już z pewnością nie jestem z tego powodu wyrodną matką! Co za ulga 🙂
      Trzymam kciuki za końcówkę maja i uściski ślę wielkie! (ale nie ściskam za mocno 😉 )