Coś dla dziecka, coś dla mamy czyli Kolonia Ochota wita!

Follow my blog with Bloglovin

To, że znaleźliśmy się dzisiaj w Kolonii było czystym przypadkiem. Niedziela nie była wypełniona żadnymi konkretnymi planami, i przyznam, że czasem właśnie takie dni lubię najbardziej. Pogoda też dopisała, a jedyną rysą na całości była pobudka o 6:20 rano. Do tego się nigdy nie przyzwyczaję!

Z drugiej strony taka pobudka sprawia, że dni są naprawdę długie. A jako, że i tak nigdy nie kończę dnia z zamkniętą listą zadań do zrobienia, ten czas jest naprawdę na wagę złota. Choć tuż po brutalnym przebudzeniu, mam zupełnie inne spojrzenie na sprawę.

Do Kolonii trafiliśmy popołudniu. I tak właściwie przypadkiem, bo celem naszej wyprawy na warszawską ochotę, było sprawdzenie domu wujostwa, którzy nas poprosili o wsparcie, podczas ich wakacyjnej wyprawy, oraz niedaleki plac zabaw, taki wiecie, idealnie przystosowany dla dzieci do 3 lat. Jednak już po drodze, na szybach samochodu pojawiły się niepokojące krople deszczu. To się nazywa PECH. Cały dzień pięknie, człowiek gotowy do wyjścia, a tutaj przysłowiowy PLACEK. Całe szczęście chmury tak szybko jak się zwiały, tak szybko się rozwiały gdy dojeżdżaliśmy do celu, więc perspektywa placu nie była wcale tak odległa.

Los chciał, że wysiadaliśmy z samochodu tuż przy ogrodzeniu należącego do rzeczonej Kolonii placu zabaw – z piaskiem, zabawkami i co może najważniejsze, biegającymi dziećmi. Wtedy do głowy przyszła mi właśnie niecna myśl. Skoro tu jest plac, a jeszcze obok dają kawę, to to jest właśnie IDEALNE rozwiązanie. I tak pierwszy raz przekroczyłyśmy progi tego przybytku.

Ostatnio pisałam o wizycie w Pomponie. Otóż Kolonia różni się od tamtego miejsca pod kilkoma względami. Najważniejszy, to chyba właśnie to, że zamiast sali zabaw, jest obok plac. Jest to plus, przy pogodzie oczywiście, ale i na niepogodę, w środku lokalu przygotowane są również atrakcje dla dzieci. Jest to miejsce dużo mniejsze, ale równie, jak nie bardziej klimatyczne. Dużo drewna, jasnych kolorów i zapraszających kanap. Stolików nie ma zbyt wiele, ale o ile nie przeszkadza to właścicielom, dla gości nie powinno robić też żadnego problemu. No chyba, że są przysłowiowe godziny szczytu, my właśnie przyjechaliśmy z drugiego końca miasta a tu miejsca nie ma. Pech już się chyba w tekście przewinął.

Chyba właśnie ten wystrój sprawia, że miejsce robi wrażenie przytulnego. Pomponowe przestrzenie, trochę dystansują, a tutaj aż ma się ochotę usiąść, w mroźny dzień zaszyć w kącie z filiżanką kawy.  Dziecko może siedzieć z nami i wertować bogaty zbiór książek, lub bawić się w kąciku, gdzie czekają najróżniejsze zabawki. Z pewnością wygenerują wystarczającą ilość zaciekawienia, by mama mogła złapać na chwilę oddech, sprawdzić co na mamorkach słychać lub przeczytać gazetę.

Niestety, nie zdążyłam zrobić rozeznania w tym, co Kolonia oferuje poza napojami. Mój cel był jednak prosty – upiec dwie pieczenie na jednym ogniu, czyli dziecko zabrać na plac zabaw a samej skorzystać i napić się dobrej kawiarnianej kawy. Ale kątem oka widziałam jakieś lemoniady, przy stoliku obok bardzo zachęcający kawałek tortu bezowego, co dla mnie wystarcza, jestem kupiona!

Osobiście trochę żałuję, że w lecie tam nie trafiliśmy. To też musiał być zupełnie inny klimat. Dzisiejsze popołudnie było spokojne, czy to reguła – musicie sprawdzić same. No i kilka zdjęć do wglądu, zobaczcie sami!

Follow my blog with Bloglovin

(Visited 59 times, 1 visits today)

You Might Also Like