Cesarskie cięcie to czasem nie kwestia wyboru

Kilka dni temu usłyszałam pytanie, czy brałam pod uwagę poród naturalny. Zaskoczyło mnie to pytanie totalnie i od razu w myślach usłyszałam swój krzyk: ale halo! Czy ja gdzieś i kiedyś mówiłam, że nie chciałam?

Nie byłam zła, że o to zapytała. Myślę sobie, że nawet dobrze się stało, że poruszyła ten temat, bo warto o tym napisać. Nie jest tajemnicą, że miałam robione cesarskie cięcie, nie opowiadałam jednak o tym wszem i wobec, w związku z tym, nie wszyscy wiedzą co było przyczyną takiego zakończenia porodu.

Żeby mieć cały obraz sytuacji, należałoby zacząć od tego, jak przebiegała u mnie ciąża. Otóż – idealnie. Lepszych 9 miesięcy nie mogłabym sobie wymarzyć. Pierwszy trymestr właściwie przespałam, wróciłam do lat nastoletnich z uwagi na powrót pryszczy i innych wyprysków, troszkę mnie mdliło, ale chyba tylko po to, bym miała teraz o czym pisać. Drugi trymestr to ja pełna energii, z dopiero co pojawiającym się pomału brzuszkiem, z gęstymi i błyszczącymi się włosami, piękną cerą, no nic tylko leżeć, pachnieć i kwitnąć ze szczęścia. Trzeci trymestr to już mordęga i tu chyba przyzna mi rację każda mama – brzuch duży i ciężki, nie można znaleźć pozycji do spania, wszystko boli, mój kręgosłup piszczy, skrzeczy i złorzeczy na mnie, a jeszcze do tego te bezsenne noce.

O tym, jak wygląda przebieg ciąży w Polsce wiem z opowiadań koleżanek i przyjaciółek. Tutaj, jeśli zrobiłaś sobie test ciążowy i wyszedł on pozytywnie, umawiasz się z położną, ale nie licz na jakiekolwiek badania. Pierwsze badanie usg wykonywane w ramach NHS jest dopiero od 12 tygodnia ciąży, nie wcześniej. Jeśli chciałam sama sobie potwierdzić ciążę, musiałam iść prywatnie. Położna ze swojej strony pogratulowała mi radosnej nowiny, założyła książkę przebiegu ciąży, przekazała mi dwa kilogramy ulotek na jej temat i tyle. Podczas, gdy badanie krwi miałam robione góra 3 razy, moje koleżanki w PL były nakłuwane niemal co wizytę. Gdy dokładne badanie moczu było u nich standardem, u mnie położna sprawdzała papierkiem lakmusowym, czy wszystko ok i już. Do tego nasłuchiwała bicia serca maluszka, mierzyła wielkość brzucha (bardzo ważny aspekt u mnie, za chwilę dowiecie się dlaczego), sprawdzała ciśnienie i tyle. Nie ważyła, nie miałam przeprowadzonego żadnego badania ginekologicznego ani ze strony położnej, ani ze strony lekarza ginekologa, którego nawet na oczy nie widziałam przez całą moją ciążę.

A teraz wisienka na torcie – tutaj u nas nie mówią, kto zacz tam w środku. Jest odgórny przykaz, że nie należy pytać położnej podczas badania usg, bo spotkamy się z odmową, co może wywołać u nas  smutek i żal. Oczywiście, można iść prywatnie. My spędzaliśmy święta w Polsce i wykorzystaliśmy ten fakt konkretnie – odwiedziłam lekarza, zrobiłam szczegółowe badania krwi i moczu, włącznie z glukozą (tego też nie robią w Szkocji) i podejrzeliśmy naszego robaczka 🙂

Napisałam powyżej, że mierzenie brzucha było u mnie istotną sprawą. Otóż tutaj pomiar brzucha i jego wielkość jest wytyczną dla położnych, by stwierdzić, czy dziecko dobrze się rozwija i jest odpowiednich rozmiarów. Używają przyjętych norm i wg nich określają, czy wszystko jest prawidłowo, czy może jest się czym martwić.

Budowa ciała Polek i Szkotek jest zupełnie inna, co widać już na pierwszy rzut oka. Biorąc pod uwagę fakt, że należę do tych niskich, a od jakiegoś czasu do wyjątkowo szczupłych (zdrowie odmówiło mi posłuszeństwa w pewnym momencie, co odbiło się na mojej wadze), w związku z czym zaczynałam z naprawdę niskiego pułapu i nie oczekiwałam, że brzuch będzie olbrzymi. I nie był, co od drugiego trymestru przysparzało mi co miesiąc coraz więcej zmartwień, bo pomiar wielkości brzucha wychodził poniżej średniej i musiałam biegać do szpitala na dodatkowe usg, by upewnić się, że dzieciątko prawidłowo się rozwija. Co stresowało mnie po tysiąckroć. Ale ponieważ jestem optymistką, która stale zwalcza u siebie pesymizm, układaliśmy z moim Połówkiem plan porodu wg. własnego uznania. I tak też wybraliśmy szpital, w którym chciałam rodzić, salę z basenem, bo wręcz nalegałam na poród w wodzie, aż nadszedł nasz due date i cisza. Maleństwo wychodzić nie chciało, a ponieważ brzuch wg. tutejszej skali wciąż był za mały, lekarz podjął decyzję o wywoływaniu porodu. Wracałam do domu z płaczem, przerażona, bo nie tak miało to wyglądać, bałam się i nie o siebie, ale o naszą kruszynkę, bo lekarz przy okazji nastraszył mnie opowiadając co może się stać, jeśli się tego nie podejmę.

Stawiliśmy się w szpitalu. Umieścili nas na specjalnym oddziale, gdzie przyjmowane są pacjentki do wywoływania porodu lub do kontrolnego badania. Zamiast kroplówki z oksytocyną, o czym słyszałam od koleżanek z PL, dostałam coś w rodzaju tampona (tablet lub pessary) z hormonami, który ma za zadanie wywołać skurcze. Co 4 godziny sprawdzali tętno serca moje i dziecka, a ja czekałam, aż Mała zdecyduje się wyjść. O tym, czego nauczyliśmy się w szkole rodzenia i dlaczego klęłam później na wszelkie zło tego świata, napiszę innym razem. W każdym razie, zaczęło się i tylko niecierpliwość plus adrenalina, by zobaczyć moje dziecko sprawiły, że wytrzymałam do momentu przyjęcia mnie na oddział porodowy.

Niestety, nie wszystko poszło zgodnie z planem. Akcja porodowa zatrzymała się w pewnym momencie w miejscu i kiedy ja odlatywałam wdychając gaz (tutejsze gas&air, który powoduje totalny odlot i skórcze wtedy jakby nie istniały), lekarze po przebadaniu mnie stwierdzili, że istnieje zagrożenie życia dla dziecka i podjęli decyzję o natychmiastowym cesarskim cięciu. Pamiętam tylko, że zaczęłam straszliwie płakać. Wyobraźcie sobie, co musiał czuć mój mąż…

To, do czego zmierzam, to by powiedzieć Wam słowa, które ja usłyszałam od mojego męża, a on od towarzyszącej nam cały czas położnej:
„Proszę przekazać żonie, że to nie była absolutnie jej wina. Że była niesamowicie dzielna i macie teraz najwspanialsze i zdrowe dzieciątko przy sobie.”

U mnie decyzja o cesarskim cięciu była podjęta nagle, wynikła z sytuacji, która była zagrożeniem, a nie moim kaprysem czy wcześniej ustaloną strategią tego, jak urodzę córkę. Co było dla mnie prawdziwą udręką to to, że przez pierwsze dwa dni nie byłam w stanie się ruszyć, nic zrobić przy Małej, musiałam nieustannie polegać na mężu lub wołać położne, co wręcz doprowadzało mnie do szału, bo chciałam a nie mogłam.

Są kobiety, które świadomie decydują się na taki krok i takie ich prawo. Nigdy jednak ja sama nie zdecydowałabym się na to wiedząc choćby to, jak przykro mi było, gdy tata naszej córki nie mógł przeciąć pępowiny, choć wyobrażaliśmy sobie ten moment i nie mogliśmy się go doczekać.

Być może zawiniło brak kondycji u mnie, sport musiałam w pewnym momencie ograniczyć do minimum. Być może za mało ćwiczyłam mięśnie kegla. Być może nie zrobiłam czegoś wystarczająco w trakcie ciąży, co mogłoby mnie przed tym ustrzec. Być może to moja budowa ciała. Być może… i tak mogłabym snuć domysły bez końca, najważniejsze jednak, że mam swoje dzieciątko przy sobie; całe, zdrowe i szczęśliwe.

Jeśli podobnie było u Ciebie, pamiętaj by się o to nie obwiniać. Ja również wciąż sobie to powtarzam, choć minęło już pół roku. Nie czyni nas to złymi mamami, poród przez cesarskie cięcie nie jest lepszy czy gorszy. Wykonane go w sytuacji ratującej życie, jest najlepszym z możliwych wyjść. Mając przy sobie wsparcie partnera, rodziny i przyjaciół, jest do przejścia fizycznie ale, co ważne, również psychicznie. W końcu liczy się finał, czyli mała istota, na którą czekałyśmy 9 miesięcy i której pierwsze spojrzenie na nas sprawi, że każdy ból odchodzi z czasem w niepamięć.

(Visited 348 times, 1 visits today)

You Might Also Like

  • Asia

    Ja też miałam cesarke ale ze skierowania młoda była ułożona posladkowo,bałam się okrutnie. W szpitalu stawilam się na planowana cesarke w 41tyg, gdyż mlodej się nie spieszylo,nie miałam skurczy itp. Na oddziale byłam o 21 cesarka była następnego dnia o 10. Mąż był cały czas ze mną i fantastyczna polozna. Cały dzień byli ze mną,moja mama i niunia. Mloda nie spala cały dzień,przystawiali ja do piersi ale nie chciała ssac. O godz 18 wstałam i poszłam pod prysznic. Młoda zabrali ode mnie o godz 20 a o godz 6 rano oddali ale mimo ze bolało dałam radę 🙂 Młoda do dzisiaj nie chce ssac cyca czasami jej się zdazy jak ma dobry dzień,co 2-3 godz sciagam jej mleko. Czasami mi braknie i korzystamy z mm.

    • Asiu, fantastycznie, że miałaś takie wsparcie. I że obie z córcią jesteście całe i zdrowe 🙂 Podziwiam, że dałaś radę tak szybko iść pod prysznic. U mnie trwało to zdecydowanie dłużej.

  • Joanna S.

    Bardzo mądry i ciekawy wpis. Ja rodziłam synka w Polsce i tutaj miałam prowadzoną ciążę, zresztą przez bardzo miłą i sumienną lekarkę. Do porodu wynajęliśmy własną położną, jest to usługa dodatkowo płatna, wówczas 1500 zł, ale miałam pewność, że ktoś osobiście za mnie odpowiada. Jak się okazało była to bardzo dobra decyzja. Położna była bardzo profesjonalna, ale ciepła i opiekuńcza, zajęła się i mną i przyszłym tatą (nawet zorganizowała mu kawę, gdy poprosił i podpowiadała jak może mi pomóc). Tata maluszka sprawdził się w 100 procentach, choć na początku, jak to facet, nie był przekonany, czy chce być obecny przy porodzie. Zupełnie nie brałam pod uwagę, że poród może zakończyć się cesarką. Owszem lekarka coś mi wspomniała, ale to zbagatelizowałam. No i wszystko zaczęło się kilka dni prze terminem. Chciałam rodzić aktywnie, drabinka, piłka, wszystko było na sali, ale ciśnienie skoczyło mi nagle tak wysoko, że musiałam leżeć. Po niemal 9 godzinach, znieczuleniu zewnątrzoponowym (teraz bym go nie brała, bo hamuje akcję porodową, ale nieco obniżało to horrendalne ciśnienie) zobaczyłam koło siebie moją położną, anestezjologa i dwójkę lekarzy, którzy spokojnie, acz dość stanowczo i rzeczowo zaproponowali mi cięcie cesarskie. W moim planie porodu zaznaczyłam, że zgadzam się jeśli zajdzie taka konieczność. Widać zaszła. Oficjalnie z powodu ciśnienia i dysproporcji między mną, a synkiem. Ewidentnie nie chcieli mnie stresować, ale mi już było wszystko jedno. Odleciałam. Z cesarki pamiętam urywki, jak wjeżdżam na salę, cała się trzęsłam i dygotałam, aż zęby mi dzwoniły. Bałam w takim stanie, że urwał mi się film. Mój mąż był cały czas ze mną, nie wiem jak to zrobił, chyba to zasługa naszej położnej, no i jego uporu. To on pierwszy trzymał na rękach Adasia, to on opowiadał mi co się działo na sali, to jego wspomnienia są wyraźne i pełne. Zespół, który mnie operował żartował potem, że mogą go na położnika przyjąć. Z perspektywy czasu wiem, że było ze mną kiepsko, ale syn urodził się silny, zdrowy i piękny. Całe szczęście ja również szybko odzyskałam siły, a na nogi stanęłam już następnego dnia. Cieszę się, że nie byłam sama w tej trudnej chwili i poza świetną położną był ze mną mój ukochany.

    • Joasiu, czytam Twój opis i zauważam podobieństwo. Położna, która była ze mną już na sali operacyjnej też okazała się fantastyczną kobietą, jedyne zastrzeżenie mam do tej, która kontrolowała przebieg wywoływania porodu.
      Mój mąż był ze mną od momentu przewiezienia mnie na salę porodową i nie wiem, jakbym sobie poradziła bez niego. Też wszystko pierwszy robił przy Małej ale jak określiła moja położna, zacieśniali więzi ze sobą w ten sposób od urodzenia, więc patrzę już na to z tej perspektywy, niż z żalem.
      I podziwiam, że stanęłaś na nogach już następnego dnia! Dla mnie prawdziwym wyczynem było pójście do toalety, nie mówiąc o wzięciu prysznica.
      Uściski dla Ciebie i Adasia!

  • marla

    Przyznam , ze kompletnie nie rozumiem tego poczucia winy z powodu cesarki; I tej calej wojny na forach cesarka vs natura. Parranoja. No ale ja mamą nie jestem. A jakbym miala byc to tylko cesarka, sorry.

    • Marla,
      Mój wpis to nie wyraz poczucia winy, źle zrozumiałaś intencje tego, co napisałam. To raczej smutek, że skończyło się tak, a nie inaczej.

      Nie czytam for, nie wnikam w tamtejsze wojny, ja w takiej uczestniczyć nie chcę i takowej nie prowadzę. Być może tam graniczy to z paranoją, tutaj staram się wnieść empatię i przekazać ogrom zrozumienia i wsparcia tym mamom, które przeszły przez to, co ja.

      A co najważniejsze, nie oceniam, który poród jest tym lepszym. Każdy z nich jest ciężkim przeżyciem.

      Dla kobiet, dla których poród kończy się operacją (bo cesarka to nic innego jak operacja, ogromna ingerencja w ciało kobiety), takie przeżycie może być traumatyczne, może źle to znieść, obwiniać się, że to z nią jest coś nie tak, że może źle coś zrobiła. Każda z nas inaczej to przeżywa, ale szuka zrozumienia u innych i wytłumaczenia. Dlatego powtarzam słowa mojej położnej, bo uważam, że każda z nas, która przez to przeszła, powinna je usłyszeć.

      Jeśli chcesz mieć cesarkę, Twoje ciało i Twoja decyzja. Nie mnie oceniać, a jedynie mogę trzymać kciuki, by wszystko zakończyło się pomyślnie dla Ciebie i dziecka.

      • marla

        Nie pisalam, ze Ty masz poczucie winy, tylko,. ze nie rozumiem tego pojęcia w kontekście cesarki. To chyba kobiety rodzące naturalnie wzbudzają je w tych, ktore mialy operację. Bo co niby taka kobieta mialaby zrobic zle? Moze to dziecko się zle ulozylo?;) Obwinianie się o to, to albo przykrywka innych problemow albo zakrawa o depresję poporodową lub po prostu brak mi empatii. Ale to jest jakiś wymysl.

  • Magda M.

    Witam,

    Podobnie jak Ty miałam cesarkę, co prawda byłam na to przygotowana ale też nie do końca…zasadniczo z uwagi na wadę serca, usuniętą tarczycę, małą ilość wód płodowych i hipotrofię płodu 🙂 ordynator oddziału patologii ciąży określił – „pani jest bardzo obciążona” (za każdym razem gdy to słyszałam – czyli prawie codziennie przez 37 dni pobytu w szpitalu – to miałam ochotę w niego czymś rzucić). Moja cesarka, chociaż wiedziałam, że mnie czeka była wielkim zaskoczeniem. Dwa miesiące przed porodem trafiłam do szpitala z podejrzeniem odpływania wód płodowych. Jak już trafiłam na oddział to dowiedziałam się, że pomimo tego, że wcale nie czułam się jakoś źle powinnam być pod 24 godzinnym monitoringiem. Zdenerwowałam się, popłakałam, potem byłam zrezygnowana, a w końcu stwierdziłam, że zawsze mogło być gorzej niż jest i teraz powinnam spokojnie oczekiwać na rozwój wydarzeń. I tak sobie czekałam i czekałam, aż któregoś dnia nie poczułam ruchów dziecka…wydało mi się to podejrzane ale nie przejęłam się tym jakoś strasznie (moje dziecko w brzuchu nie było specjalnie aktywne). Jako pierwsza w mojej 6cio osobowej sali zgłosiłam się na codzienne KTG…i przeleżałam pod nim ponad godzinę. W tym samym czasie był obchód i kilku lekarzy oglądało pojawiający się wydruk z biciem serca mojego dziecka z dużą uwagą, ale nikt nic nie powiedział oczywiście…Ja już tylko chciałam wstać z łóżka, zjeść śniadanie i napić się czegoś, bo przed badaniem nie zdążyłam. W końcu odłączyli mnie, oczywiście rzuciłam się na kanapkę i herbatę, i zdążyłam nakrzyczeć na współlokatorkę która wpadła w histerię, płacząc że nie tak się umawiała z ordynatorem i że jej dziecko osiągnęło już rozmiar przy którym obiecywano jej rozwiązanie…zasadniczo pamiętam jak dziś jak krzyknęłam na nią, że ja bym mogła leżeć w szpitalu całą ciążę byle tylko moje dziecko było zdrowe…no i za 5 minut zostałam poproszona o pójście na dokładniejsze KTG… a na
    nim położna nie potrafiła znaleźć dziecka, mnie się zbierało na płacz i wiedziałam że coś jest bardzo nie tak. Jak już mogłam wrócić na salę to złapała mnie moja lekarka prowadząca i powiedziała – pani Magdo, proszę nic nie jeść i nie pić – myślałam że zemdleję. Była godzina 12sta. Do 18:30 gdy została podjęta decyzja o cesarce miałam jeszcze 3 KTG i byłam w psychicznej rozsypce. Mój mąż pojawił się najszybciej jak mógł, był ze mną na sali operacyjnej. Ja z uwagi na wadę serca miałam podane mniejsze znieczulenie, w trakcie porodu macica zaczęła się rwać, byłam zszywana godzinę i znieczulenie już przestawało działać…dla mnie koszmar. Gdy znalazłam się na sali pooperacyjnej to jeszcze zaliczyłam jakieś tajemnicze drgawki i atak arytmii serca. Po prostu najgorszy, a zarazem najlepszy dzień w moim życiu 🙂 Moje maleństwo (dosłownie – 2050 gram, 47cm) wbrew wszystkim złym przejściom jest zdrowe i teraz opowiada mi wierszyki, skacze, śmieje się i płacze na zmianę, jest fantastyczne 🙂 Nie czuję się w żaden sposób winna, że miałam cesarkę. Uważam, że nikt nie powinien się czuć winnym czy gorszym, że jego poród zakończył się operacją. Są dziewczyny, które myślą, że cesarka jest pójściem na łatwiznę…nie jest…

    • Magda, czytam i aż mi łzy stanęły w oczach. Niesamowite, ile przeszłaś, jak dzielnie to zniosłaś! Zgadzam się w zupełności z tym, co napisałaś pod sam koniec.
      Nasza Mała też była mała. Całe 47,5cm, tylko ważyła troszkę więcej od Twojego Maleństwa. Ale obie są pełne życia i zdrowe, to jest to, czego nam potrzeba 🙂

  • w moim przypadku było totalnie na odwrót.
    ja w ogóle jestem straszną panikarą! zawsze panikowałam, np. przed niespodziewaną kartkówką w szkole, gdy zapomniałam portfela, gdy coś szło nie tak, jakbym chciała…
    ale potem mówiłam sobie, za każdym razem, że nie był ten diabeł taki straszny, jak się wydawało!
    tak samo było podczas ciąży i przygotowań do porodu. w ogóle nie chciałam słyszeć o porodzie naturalnym! przez pierwsze dwa trymestry wręcz unikałam tematu, ba, zepchnęłam go tak głęboko, że praktycznie dla mnie nie istniał!
    gdy zaczęło się robić ‚gorąco’, szukałam innego lekarza, tylko po to, by na życzenie zrobił mi cesarkę. stety, trafiłam na takiego, który mi ten ‚pomysł’ totalnie z głowy wyperswadował i oswoił z tematem porodu naturalnego. zapisałam nas z mężem do szkoły rodzenia, a potem tylko czekałam…
    nie powiem, że było cudownie, bo jak wiecie, dziecka się magicznie z brzucha nie wyciąga, ale nie było tak, że nie dało się tego przeżyć! z perspektywy czasu już nawet nie pamiętam, jak to naprawdę było 🙂 najważniejsze, że wszystko poszło dobrze, że dziecię zdrowe, a ja czułam się wręcz rewelacyjnie.
    wniosek jaki wyciągnęłam z doświadczenia własnego, jak i moich znajomych, jest taki: los nam zawsze psikusy robi. jak czegoś bardzo chcesz, to siedź cicho! nie mów na głos o swoich planach, bo zapewne wezmą w łeb! 😉

    uściski i serdeczności! 🙂
    M.

    • Marysiu, jak to leci? „Chcesz rozśmieszyć Pana Boga, opowiedz mu o swoich planach”? 🙂 no to tak właśnie było w moim przypadku – miał być poród w innym szpitalu, w wodzie a skończyło się na sali operacyjnej.
      Fajnie, że taki pozytywny wydźwięk ma Twój komentarz 🙂 Ale że taka panikara z Ciebie? Nie posądzałabym! Nigdy w życiu! :))

      uściski wielkie dla Cię też 🙂

  • Huba

    Witam. Ja również miałam cesarkę i do tej pory dziękuję lekarzom za to, że przerwali wywoływanie porodu naturalnego (brak akcji porodowej, miałam podawaną oksytocynę). Uratowali życie mojemu synkowi. Był zaplątany w pępowinę. Położna powiedziała mi, ze za żadne skarby nie urodziłabym go w sposób naturalny, a nawet jeśli doszłoby do tego, to istniała ogromna szansa, że dziecko się udusi. U mnie również miało być kolorowo: piłka, spacery, masaże, przecinanie pępowiny, itd. W końcu tyle mądrej wiedzy wynieśliśmy ze szkoły rodzenia. Jednak życie pokierowało inaczej. 🙂 Okres po porodzie był koszmarny, ale za to moja kruszyna leżała obok mnie cała i zdrowa (dzięki cesarce uzyskał 10/10 pkt.) i tylko to się liczyło. 😉 Nie obwiniam się w żaden sposób. Jestem szczęśliwa, że moja ciąża zakończyła się cesarskim cięciem.

    Pozdrawiam.

    • Huba,
      gratuluję cudownego syna 🙂

  • JulKa

    ha! kiedy bylyam na szkole rodzenia – tu – na zielonej wyspie. Nasza prowadzaca powiedziala, jak dla mnie wazna rzecz ‚Popatrcie dobrze po sobie. Jest was na sali 20 i wg naszych statystyk az do 20% z was, czyli 4 dziewczyny, beda mialy cesarke. Czesc bedzie planowa ( okazalo sie ze 3 dziewczyny z naszej grupy, + ciaza blizniacza(wieksze ryzyko), ale zawsze bedzie kilka z zaskoczenia.’, wiec wszystkie sluchalysmy dosc uwaznie o tych procedurach. Mialam porod naturalny, ale cesarka jest super opcja jesli cos z dzieckiem sie dzieje. W koncu to nie jest wazne czy urodzisz silami natury czy z pomoca lekarzy. Wazne jest to zeby z dzieckiem wszystko bylo dobrze.

  • Pingback: Sylwestrowa niespodzianka, czyli o porodzie naturalnym słów kilka – Monika | MAMORKI()

  • Pingback: Noworoczna niespodzianka, czyli o porodzie naturalnym słów kilka – Monika | MAMORKI()