BLW, czyli rozszerzamy dietę

Jeśli nie lubicie jedzenia na podłodze, na ubraniu, na małych rączkach i umazanej dziecięcej buzi – nie czytajcie. Albowiem piszę o tym, jak uczymy Małą jeść i stety-niestety, wymaga to poświęcenia czasu, cierpliwości i kilograma nawilżanych chusteczek pod ręką 🙂

Przez pierwsze 6 miesięcy, Mia była karmiona wyłącznie piersią. Pisałam o tym TU i było to dla mnie mega wygodne. Zawsze pod ręką, nie musiałam nic przygotowywać, planować na wyrost. Zgłodniała, przystawiałam i dziecko szczęśliwe. Ale nadchodzi czas, kiedy nawet cudowne mleko matki przestaje być wystarczające i należy pomału, stopniowo wprowadzać nowe produkty. Byłam kompletnie zielona w temacie, szukałam i grzebałam w czeluściach Internetu wszelkich możliwych informacji co, jak i kiedy. Porównywałam, zapisywałam, pytałam i jakoś pewniejsza w tym, co muszę zrobić, zabrałam się za jej mały, głodny brzuszek.

Jestem osobą wygodną i szczerze mówiąc, nie widziało mi się gotować i blenderować codziennie kolejnego obiadku dla Małej. Po pierwszych próbach podania papki z marchewki gotowanej tylko i wyłącznie na parze, później z ziemniakami i pietruszką a nawet kurczakiem i indykiem, przyszedł czas na słoiczki. Zresztą, etap rozszerzania zbiegł się też z wyjazdem do Polski na święta, więc opcja słoiczków wydawała się wygodniejsza. Niestety, słoiczki zostały całkowicie i bezdyskusyjnie odrzucone przez Mię. Żadna wersja obiadowa nie spotkała się z przychylnością jej podniebienia, obiadki gotowane przeze mnie też były odrzucane i serio zaczęłam się obawiać, że będziemy jeszcze długo egzystować wyłącznie na kleikach i kaszkach.

Mniej więcej wtedy zaczęłam przekonywać się do metody BLW. Niewtajemniczonych odsyłam na stronę babyledweaning.pl. Napiszę w skrócie – kapitalna sprawa zwłaszcza, jeśli nie chce się gotować dwóch osobnych obiadów, tylko jeden dla wszystkich . Pierwsze próby omal nie przyprawiły mnie o zawał serca. Mała brała chętnie i z zaciekawieniem kawałki jedzenia i chociaż potrafiła odgryźć kawałek, w momencie połykania krztusiła się okrutnie. Dałam jej kilka dni na zapomnienie o tym i znów coś przygotowałam. I tak pomału, krok po kroku. Najpierw gotuję wg przepisu, odstawiam część dla Mii a resztę doprawiam wg mojego i osobistego Połówka widzimisię.

Ale żeby móc ogarnąć chaos panujący podczas jedzenia, przyda się kilka niezbędnych do tego gadżetów. Po pierwsze krzesełko. Posłuchałam rady mamorkowej mamy Moniki (klik!) i kupiliśmy krzesełko Ikeii. Jest świetne – proste w konstrukcji, żadnych udziwnień i zbędnych dodatków. Do tego kaftanik, też z Ikeii (klik!) i zastawa stołowa, czyli miseczki i łyżeczki.  Mam jednak zamiar wypróbować taki talerzyk (klik!) i zobaczymy, czy da radę. W pokoju, w którym wszyscy siadamy do stołu i jemy, mamy dywan i nie wyobrażam sobie mieć na nim codziennego przeglądu zawartości talerzy. Jeszcze kiedy Mała była noworodkiem, kupiliśmy matę ochronną, żeby podczas kąpieli nie zachlapać niczego dookoła i teraz doskonale spisuje się jako mata podłogowa pod krzesełko. Nawet jeśli wyląduje tam jedzenie, szybko i łatwo można to opanować, a dywan też cały i czysty.

Co daje taka metoda, oprócz wygody w gotowaniu dla mnie? Całkiem sporo, przede wszystkim jeśli chodzi o dziecko. Po pierwsze, przyjemność jedzenia. Nie przymuszane niech sobie dziubie tyle, ile chce. Dzięki temu nie skojarzy jedzenia jako moment wmuszania kolejnych łyżeczek wtedy, kiedy nie chce. Nie biegam za nią z talerzykiem i łyżeczką, a Mała nie dostaje ataku histerii na widok jedzenia. Po drugie, poznaje jedzenie swoimi zmysłami – zapachem, wzrokiem, dotykiem. Bawiąc się nim przygląda się, próbuje, dotyka. Zwraca uwagę na kolor i na kształt. Inaczej przecież wygląda i smakuje marchewka, a inaczej kalafior czy buraki. Po trzecie – dziecko samo kontroluje ile zje. Nie wmuszam, nie namawiam. Uczy się radzić sobie z różną konsystencją posiłków, czy to warzywa pokrojone w słupki, czy gęsta papka. Siedzimy razem przy stole i jemy wszyscy, aż Mała ewidentnie daje znać, że już wystarczy.

Wciąż jednak to moje mleko jest dla Mii głównym posiłkiem, przynajmniej do ukończenia pierwszego roku życia. I jeśli odmówi jedzenia, OK. Spróbujemy znowu.

Dzięki tej metodzie, poznała już chyba większość dozwolonych dla dziecka w jej wieku warzyw. Czy pokrojone w drobne kawałki, czy zblenderowane na zupe krem czy w postaci placków. To samo z owocami. Dostaje je w postaci kawałków, które może chwycić rączką i w ten sposób próbuje ugryźć jabłka, gruszki, banany, mango. W najbliższym czasie chcę dla niej zrobić domowy kisiel malinowy, a na obiad placuchy kokosowe z jabłkami. Brzmi pysznie, prawda?

Jako rodzic próbuję postawić się w sytuacji takiego małego dziecka, któremu nagle dorośli zaczynają dyktować kiedy i co ma jeść, chociaż jeszcze do niedawna to ono nam dawało znać, że właśnie jest głodne. Dlatego tak ważne dla mnie było, by ta zmiana była możliwie łatwa i przyjemna dla nas obu. I co najmniej nie traumatyczna.

Jeśli Cię nie przekonałam lub chcesz o tej metodzie poczytać szerzej zanim spróbujesz, polecam zacząć od tych książek:

My Child Won’t Eat!: How to enjoy mealtimes without worry autorstwa Carlos González. Mam oryginalną wersję na kindla ale jest też wydanie polskie (klik!)

Bobas Lubi Wybór autorstwa Gill Rapley i Tracey Murkett (klik!)

Jeszcze kilka prób i będę mogła podzielić się z Wami sprawdzonymi już przeze mnie przepisami, np. wczorajszymi gruszkowo – kukurydzianymi muffinkami. Mia dorwała jedną i chętnie pałaszowała. A jeśli ktoś szuka dla siebie motywacji, by się tego podjąć, to z ręką na sercu, jest to najlepsza dieta cud świata dla rodziców. Gotujecie przecież samo zdrowie dla swoich dzieci, więc czemu na tym samemu nie skorzystać? 🙂

1

(Visited 99 times, 1 visits today)

You Might Also Like